Bośnia i Hercegowina 2-2 Polska

08.12.2010, środa – Turcja, Antalya

Relacja kibica GieKSy

Jedziesz do Turcji? Jadę, a Ty? Też jadę:) Właśnie tak narodził się pomysł wyjazdu na ostatni mecz kadry w 2010 roku. 8 grudnia na PKS-ie w Katowicach stawiły się trzy osoby: Shellu, Kosa i Jackoow. Spóźniony autobus podjechał na stanowisko i ruszyliśmy w stronę Berlina. Ja naiwnie wierzyłem w pełną kulturę kierowców i nie czaiłem się z piwem, za co dostałem upomnienie i na jednym browarze się skończyło. Shellu przez moją „szlachetność” też dostał zakaz na alko… Musieliśmy do końca trasy cieszyć się oglądaniem filmów i lekkim spaniem. Berliński dworzec przywitał nas mrozem i śniegiem, poszukiwanie autobusu, który jedzie w stronę metra przypominało szukanie igły w stoku siana, więc wpakowaliśmy się do taksówki. Czas nas naglił, a kiero jechał jakby prowadził furmankę. Wreszcie podjechał pod metro – szybka zapłata i na metodę „rambo” przeszliśmy ruchliwą ulicę, by zdążyć na odjeżdżające metro! Uznaliśmy, że Niemcy to bardzo uczciwy naród i biletów sprawdzać nie będą:) Więc godzinkę przesiedzieliśmy w metrze, dopiero dwie stacje przed miejscem docelowym, musieliśmy się ewakuować, bo kanar jednak się pojawił:) Poczekaliśmy spokojnie na kolejne metro i dojechaliśmy już bez problemów do przystanku autobusowego. Następnie autobusem (płacimy za bilety) podjeżdżamy pod samo lotnisko. Odprawa, lot i po dwóch godzinach lądujemy w Stambule (jesteśmy wcześnie rano)!.

Łapiemy podmiejski bus i ruszamy z części Azjatyckiej nad rzekę Bosfor, by promem dostać się do części Europejskiej. Część Azjatycka to nader wszystko wielkie blokowiska i od chuja meczetów! Gdzie nie spojrzy człowiek tam meczet! Przepływamy Bosfor i czujemy się jakoś lepiej:) Zaczynamy zwiedzanie, bo lot do Antalyi mamy wieczorem. Chodzimy po bazarach, miejscowi próbują nam wciskać co popadnie – niektórzy są bardzo nachalni. Sporo turasów potrafi wypowiedzieć kilka zwrotów po naszemu. W ich kraju panuje dość dziwny zwyczaj, nigdzie nie zobaczysz cen! Musisz się targować o każdy badziew. Gorzej to wygląda w restauracjach… Niby dogadujemy się z gościem co do ceny, a zawsze chujaszek potrafił nas wykiwać… Zdziwił nas też widok dwóch sklepików klubowych, które było obok siebie! Dwa zupełnie inne kluby! Czy w Polsce to jest możliwe?

Nadchodzi wieczór i odlatujemy do „naszej” miejscowości. Antalya wita nas ciepłym powietrzem, do naszego hostelu docieramy późnym wieczorem. Ogarniamy się i ruszamy na nocne zwiedzanie, które kończymy na kebabach:) Kilka godzin snu i zaczynamy kolejny dzień – zwiedzamy dokładnie miasto, od podszewki obczajamy miejscowy stadion! Wieczorem ruszamy autobusem w stronę stadionu, na którym ma być mecz. To była naprawdę wielka przygoda z tym stadionem, który był na totalnym zadupiu! Autobus wywiózł nas na jakieś odludzie i co dalej? Dostrzegamy znak, że do stadionu jest tylko… 7 kilometrów:) Otwieramy po piwku i ruszamy szybkim krokiem! Cisza, w oddali błyskawica, zero aut, nie ma żadnego oświetlenia, jakieś błoto, od czasu do czasu jakieś dziwne dźwięki… Właśnie w takich warunkach idziemy jakieś 2 kilosy, gdy zatrzymuje się auto, a w nim…. Mustafa:) Ale nie ten, o którym teraz większość pomyślała, tylko jakiś uczynny turas o takim imieniu, który zaproponował, że nas trochę podwiezie. W nagrodę dostaje puszkę tyskiego i ruszamy dalej… Znowu znajome klimaty – ciemno, błyskawice i jakieś odrażające głosy. Tym razem z nieba spada nam zabłąkana taksówka, do której szybko się pakujemy i po chwili jesteśmy pod stadionem:)

Wejście za free, więc wchodzimy na pierwsze wolne miejsca i rozwieszamy flagę Katowice on tour. Obok wisi pseudo flaga Żywiec – napis został zrobiony chyba markerem… Po drugiej stronie siedzą tzw. vipy, czy prościej mówiąc chuje z pzpn-u i podobno jacyś skauci… Od początku jedziemy w trójkę z dopingiem:) Zaczyna też padać deszcze, ale komu to przeszkadza? Po kilku minutach na naszą trybunę przychodzi siedem osób (studenci), którzy nie bardzo mieli pojęcie o piłce, nie wspominając o kibicowaniu. Wystarczy wspomnieć, że ziomek miał szalik biało-czerwony, ale….. był to klubowy Antalyaspor Kulübü….. W czasie meczu pozdrawiamy nasz kochany związek, nie zapominamy też zakomunikować jakiemu klubowi oddaliśmy serce:) W przerwie zapoznajemy się z murawą i sprawdzamy jakość piłek:) O meczu nie chce mi się nic pisać, bo i po co. Po końcowym gwizdku nasi „gwiazdorzy” ze środka trochę klaskają i spierdalają do szatni, tylko Dawid Plizga do nas podchodzi (Shellu go zmotywował do podejścia:)) i przybijamy z nim piątki. Bujamy się jeszcze po budynku klubowym i taksówką wracamy do swojej pakamery:) Idziemy w kimę, bo rano wyjeżdżamy na lotnisko i ponownie znajdujemy się w Stambule. Pogoda fatalnie się psuje i zwiedzanie jest dosyć trudne… Przetrzymujemy jakoś do wieczora i odprawiamy się na lot do Berlina, w którym jesteśmy po 2 w nocy. Pociąg do Katowic mamy dopiero około 10, wiec rozkładamy się na ławkach i śpimy:) W Katowicach jesteśmy wieczorem.

Muszę na koniec pozdrowić komina, tylko wtajemniczeni wiedzą kim on był i ile z nim było śmiechu podczas tego wyjazdu:) Jeżeli go nie kojarzycie to nawet nie pytajcie, bo tego nie da się racjonalnie wytłumaczyć…

Jackoow

Źródło: zin SK1964 nr 30 (Katowice) marzec 2011

Do Turcji wybrało się trzech kibiców z Polski, wypada wspomnieć, że byli to GieKSiarze:) Na meczu około 100 osób – m.in. skauci, przypadkowe osoby. Pojawiło się też siedmiu studentów z wymiany, ale nie mieli zielonego pojęcia na czym polega piłka, nie wspominając o kibicowaniu. Spotkanie typowo piknikowe.

Źródło: zin SK1964 nr 31 (Katowice) marzec 2011