Czechy 2-0 Polska

10.10.2009, sobota – Praga

Relacja GieKSiarza

Ciśnienie na mecz było dość spore wśród kibiców. Naturalnie cały cyrk zaczął się, gdy doszło do dystrybucji biletów. Jeżeli masz dobre wyczucie, to trafisz akurat jak rzucą wejściówki na kupbilet.pl. Jak nie masz tego zmysłu, to jedziesz z nadzieją, że jakoś sobie poradzisz na miejscu. Moje wyczucie i tym razem mnie nie zawiodło i pięć biletów pochytałem. O 19 w piątek odebrałem M i można było zacząć żyć meczem, ale nie wolno było pić do 23… Nie miało to nic wspólnego z godziną policyjną, czy coś w tym stylu. Po prostu zadeklarowaliśmy się (M jako kierowca), że odbierzemy jeszcze z innej miejscowości typa z Nowego Targu, bo nie miał transportu, by dojechać na zbiórkę. Ja GieKSiarza M nie mogłem tak zostawić i obiecałem, że nie wypiję, dopóki nie wrócimy (słowa dotrzymałem, ale było ciężko). Czas umilaliśmy sobie pijąc pepsi w przytulnej knajpce. Po 22 wyjechaliśmy po ziomka, jechał z nami jeszcze B, ale on abstynencji nie trzymał już od kilku godzin. Razem z M, byliśmy tak spragnieni jakiegoś dobrego trunku, że droga w obie strony zajęła nam niecałą godzinę (to szybki czas, wierzcie mi na słowo). Zaraz po powrocie wlaliśmy po piwie. Czasu do zbiórki było jeszcze sporo, więc ruszyliśmy (wszyscy razem) do pubu. Na miejscu czekały kolejne osoby z naszej ekipy, które zdrowo już piwkowały. Po kilku browarach, rozmowach i obczajeniu wszystkich dziewczyn, ruszyliśmy (około 1 w nocy) na miejsce zbiórki. Autobus pierwotnie miał przyjechać o 2, ale zjawił się po 3. Jednak do tego czasu już wiele się wydarzyło. Ja i M usiedliśmy na ławeczce i na pierwszy ogień poszła „wyborowa”. Wchodziła jak woda, nie minęło chyba 10 minut i pusta butelka znalazła się w koszu. Obawialiśmy się, że kolejna to też woda, więc musieliśmy się przekonać. Po kilku kielichach okazało się, że to jednak wódka, więc poszliśmy do baru na hamburgera. Po kilka gryzach zrezygnowaliśmy z tego jedzenia (?), było ohydne, polaliśmy sobie natomiast po kolejnym i kolejnym. Wreszcie zjawił się upragniony transport, nie ukrywam, że wchodziliśmy trochę na miękkich nogach.

Jesteśmy jednak z GieKSy i musieliśmy zapoznać się z resztą ekipy autobusowej, wiec pękła kolejna flaszka, a i nowo poznani koledzy nie żałowali. Mówią, że GieKSa nie śpi tylko czuwa… my padliśmy kajś w Czechach, trudno określić gdzie dokładnie. Obudziłem się, gdy wszyscy wyjazdowicze wychodzili na pamiątkowe foto (czeska psiarnia chciała mieć pamiątkę). M też szedł na foto, ale za chuja tego nie pamięta i w Pradze był bardzo zdziwiony tym faktem. Kolejny postój mieliśmy przed Pragą i znowu policaje – spisywali, trzepali autokar (race mieliśmy solidnie pochowane). Wreszcie dojechaliśmy, ja z ciężką głową miałem cholerny kryzys, ale trzymałem fason. Zaparkowaliśmy dość daleko od centrum, więc wszyscy wbiliśmy się do miejskiego autobusu i ze śpiewem jechaliśmy do centrum. Po przyjeździe umówiliśmy się, by być w zwartej grupie, ale po kilku minutach grupa się rozpadła i ja zostałem z M i P, z którym poznaliśmy się w autobusie przy kielichu. Zaliczyliśmy fast-fooda i poszukaliśmy spokojnego parku. Tam przecież można wypocząć i wypić małego kielicha. Tym razem liderem był P, który się nie pierdolił i wódkę pił z gwinta. Naturalnie podjęliśmy poważne rozmowy, czyli komentowaliśmy każdą kobietę, która przechodziła obok nas. Wnioski były proste – Polki i tak są najładniejsze. Na pewno potwierdzi to M, który sporo czasu „wisiał” na telefonie i wysyłał smsy :)

Po odpoczynku należało coś zjeść, więc wyszukaliśmy pizzerię i zjedliśmy… tylko po jednym kawałku pizzy. Obrzydliwie zimna i niedobra (nie miałem szczęścia do żarcia na tym wyjeździe), ale oliwki znalazły zastosowanie – rzucaliśmy nimi gdzie popadnie. Nie mogło zabraknąć też akcentu alkoholowego, pękła kolejna flaszka :) Miła kelnerka kazała nam zabrać ze stołu butelkę dopiero gdy była pusta, brawo! Po takim „jedzonku” ruszyliśmy na zwiedzanie Pragi. Przez jakieś półgodziny chodziliśmy po ulicach i podziwialiśmy zabytki. Na mieście sporo psiarni, turystów (głównie azjatów), a kibiców gospodarzy? Zero! Wreszcie dostaliśmy się na rynek (tam była zbiórka wszystkich Polskich kibiców). Byliśmy przed czasem, więc usiedliśmy sobie pod pomnikiem i po kielichu, ale z kulturą, bo były też chipsy i jakieś wafelki. Na zbiórkę zjawił się D, który przyjechał dzień wcześniej z żoną i po jakimś czasie ruszyliśmy w trójkę na stadion, by rozwiesić flagę. M i P zostali na rynku. Im bliżej stadionu, tym więcej psiarni, przed wejściem ochrona naturalnie bardzo kumata, bo na pytanie kiedy otworzą bramy padała odpowiedź: nie wiem. Po jakieś godzinie wreszcie otworzyli bramy, ja w spodniach przemycałem racę, ale na szczęście pedał mnie nie obszukiwał, bo po jajach mnie nie macał. Tak więc spokojnie przedostałem się do środka.

Gdy szukaliśmy miejsca na rozwieszenie flagi, pod stadionem zaczął się dym – poszło sporo petard hukowych, M miał „małe” przygody z psiarnią, ale pojawił się na stadionie. Gdy wydawało się, że już wszystko OK, to na sektorze podbiło do mnie i D kilku ciuli z ochrony i kazali ściągać flagę i ogólnie wypierdalać z tego sektora. Próby zapytania dlaczego nam każą się wynosić nie przyniosły skutku. Jeden z nich nie wytrzymał nerwowo, chwycił za gardło D i przewrócił na ziemię, ja zaraz podbiłem, ale zostałem zatrzymany przez drugiego z ochrony. Całe zamieszanie trwało kilka sekund i szybko się uspokoiło, bo pozostali kibice już szli nam z pomocą. Wreszcie się dowiedzieliśmy, że ten sektor jest buforowy i nie mamy prawa na nim przebywać. Czy tak trudno to było powiedzieć od razu? Ja z M obrzuciliśmy jeszcze stekiem wyzwisk ochroniarzy i poszliśmy szukać nowego miejsca dla flagi. Teraz już na spokojnie się rozwiesiliśmy i mogliśmy „czuwać” pod flagą. Stadion nie wypełnił się w całości, było 14 tyś (pojemność wynosi ponad 20 tyś). Nasze sektory dobrze oflagowane, doping prowadził S, a bębny przywieźli chłopaki z Jagi. Niestety u nas było sporo przypadkowych osób – wycieczki sponsorów z czapeczkami i wymalowanymi mordami. Na hymnie odpalam racę. Przez większość spotkania doping stał na średnim poziomie, od czasu do czasu mocniejsze zrywy. Grajkowie nie dodawali nam bodźców do lepszego dopingu. Oczywiście nie mogło się obejść bez pozdrowień dla pzpn-u i Grzesia Laty. Czeski doping? Nie było czegoś takiego, wszyscy grzecznie siedzieli na krzesełkach jak w teatrze i oglądali mecz. Jakaś wrzawa pojawiała się tylko gdy ich drużyna miała sytuację bramkową lub strzeliła bramkę. Warto wspomnieć, że kilka Polskich flag wisiało na sektorach gospodarzy, to chyba tłumaczy jak Czesi potraktowali to spotkanie. Teraz przechodzimy do 80 minuty… przegrywamy 0:2, a u nas mega pierdolnięcie! HSV na dwie strony do końca meczu. To było najlepsze 10 minut dopingu w tych eliminacjach (wiem co mówię, bo opuściłem tylko jeden mecz). Wszyscy śpiewali na pełnej kurwie, każdy mobilizował drugiego. Choćby dla tych dziesięciu minut warto tam było pojechać! Po meczu jesteśmy trzymani jakąś godzinę na sektorze, jednak nikt się nie nudzi. Pozdrawiamy pzpn i Majewskiego, który na płycie stadionu udzielał wywiadu. Po wyjściu, psiarni na ulicach jak mrówek, helikopter, radiowozy „ganiają” na sygnale, policaje na koniach. Dla każdego coś miłego. Do autobusu na zbiórkę idziemy z buta. Zajmuje nam to jakieś 40 minut, ale droga spokojna, kibiców gospodarzy nie widać nigdzie… W Polsce jesteśmy po 6 nad ranem.

Źródło: zin SK1964 nr 16 (Katowice) październik 2009