UEFA: Girondins Bordeaux 1-1 GKS Katowice

01.11.1994

We wtorek 1 listopada na Parc Lescure zjawiło się 30000 widzów, wśród których widoczna była 30-osobowa grupka kibiców GieKSy. Kibiców z Katowic zapewne byłoby jeszcze więcej, gdyby nie fakt, że zorganizowany przez klub wyjazd kosztował spore pieniądze (3,5 mln starych złotych), ze względu na to, że dla fanów przewidziano jedynie podróż samolotem z drużyną.

A tak ten wyjazd wspomina jeden z kibiców:

Gdy dowiedziałem się, że jest organizowany wyjazd na rewanż do Bordeaux postanowiłem pójść va banque. Nie stać mnie było na kosztowną podróż samolotem, więc postanowiłem pójść do prezesa Dziurowicza i poprosić go o możliwość spłaty tej wycieczki w ratach. Pamiętam jak dziś, że sekretarka nie chciała mnie wpuścić do gabinetu prezesa, jednak gdy „Magnat” usłyszał co się dzieje zawołał mnie do siebie. Wypytał mnie dokładnie co i jak, po czym kazał pani Teresce załatwić ze mną wszystkie formalności. Moja radość nie miała końca. Przyznam, że prezes Dziurowicz od samego początku wyjazdu pozytywnie mnie zaskoczył, bo zachowywał się jak nie przymierzając ojciec. Każdy kto potrzebował na tym wyjeździe pomocy mógł się do niego zwrócić, sam interesował się każdym problemem jaki tylko wyniknął, nie zostawiał nikogo samemu sobie. Czy to z samolotu, czy autokaru zawsze wychodził ostatni doglądając czy aby ktoś nie został. W ogóle od początku wyjazdu atmosfera była, można rzecz rodzinna. Nie było żadnych problemów w kontaktach z drużyną, każdy swobodnie mógł rozmawiać z każdym. Po wylądowaniu czekały już na nas dwa autokary. Jeden zawiózł drużynę do ekskluzywnego hotelu „Pullman”, nas razem z żonami piłkarzy i przedstawicielami mediów do „Unhotelu”. Jako ciekawostkę podam fakt, że w pokoju zamieszkałem ze znanym ze stacji Canal+ red. Andrzejem Twarowskim, który wtedy pisał dla jednej ze stołecznych gazet. W Bordeaux była spora grupa polskich dziennikarzy, nawet z tych tytułów, które na co dzień nie zajmowały się sportem czy naszym regionem. Po zakwaterowaniu pojechaliśmy na zwiedzanie winnic „Chateau Moucaillou”, gdzie nastąpiła dalsza część integracji. Oczywiście piłkarze nie mogli uczestniczyć w degustacji, ale i tak po czasie wszyscy znaliśmy się po imieniu. Później wycieczka podzieliła się na dwie części. Piłkarze wrócili do Bordeaux, my zaś zaopatrzeni w tanie 5-litrowe baniaki z winem pojechaliśmy nad pobliski ocean. Mocno już rozgrzani trunkami, nie zważając że był to 30 października wpadliśmy w kilkadziesiąt osób do oceanu. Po powrocie do hotelu w kilku postanowiliśmy udać się na trening naszych piłkarzy. Niestety nie znając miasta i języka trochę czasu zajęło nam aż dotarliśmy na stadion. Na miejscu okazało się, że wszystkie wejścia są zamknięte, więc długo nie namyślając się przeskoczyliśmy ogrodzenie i tak znaleźliśmy się na trybunach. Gdy nasi piłkarze powoli zaczęli schodzić do szatni przedostaliśmy się na murawę by zrobić sobie pamiątkowe fotki. W pewnym momencie poniosła nas fantazja i wdrapaliśmy się na poprzeczkę bramki, co zwróciło na nas uwagę gospodarzy obiektu. Na szczęście stawili się za nami piłkarze i obyło się bez nieprzyjemności. Wracając do hotelu zahaczyliśmy jeszcze o pub irlandzki, w którym jak się okazało spotkaliśmy część polskich dziennikarzy. Sympatyczna atmosfera przeniosła się potem do pokojów hotelowych, a z red. Januszem Atlasem który relacjonował ten mecz dla „Piłki Nożnej” przegadaliśmy całą noc. Oczywiście nie siedzieliśmy przy herbacie, więc potem obudziliśmy się ok. południa. Ok. godzinny 16-tej pod hotel podjechał autokar, który miał nas zawieźć na stadion. Pamiętam, że żony piłkarzy – wszystkie z klubowymi szalikami na szyjach – były strasznie przejęte, a najbardziej Helena Jojko, dla której liczył się tylko jej mąż i GieKSa. To ona na sektorze była najgłośniejsza z wszystkich żon i dopingowała praktycznie pełne 90 minut. na stadionie zjawiliśmy się kilka godzin przed meczem, ale po drodze widzieliśmy już zmierzające tłumy kibiców. Widzieliśmy także skierowane w naszym kierunku palce pokazujące jaki wynik padnie wieczorem. Nie zdarzyło się żeby ktoś pokazał mniej niż „czwórkę”. Oczywiście nie byliśmy dłużni. Na sektor, który znajdował się w pobliżu naszej ławki rezerwowych zaprowadzili nas stewardzi i rozpoczęliśmy pierwsze śpiewy, choć do pierwszego gwizdka było jeszcze sporo czasu. Kibice Girondins siedzący obok chcieli wymieniać się z nami szalikami, na co przystawaliśmy. Z pierwszym gwizdkiem okazało się że w sektorze obok siedzi grupa kilkunastu Polaków dopingujących GieKSę. Byli to kibice Śląska Wrocław pracujący we Francji oraz, co bardzo ciekawe pięciu kibicó GKS-u Jastrzębie, którzy przyjechali do Bordeaux z Polski autostopem. Choć ich podróż trwała kilka dni to, jak sami mówili, bardzo chcieli być na tym meczu. Oczywiście nie mogliśmy się przebić z naszym dopingiem, bo śpiew młyna gospodarzy znajdującego się na łuku robił niesamowite wrażenie. Z biegiem czasu doping gospodarzy jednak słabł a z końcowym gwizdkiem było słychać już tylko nas. Pod nasz sektor podbiegli piłkarze i przez dobrych kilka minut śpiewem świętowaliśmy historyczny sukces. Gdy jednak chcieliśmy już opuścić nasze miejsca, zjawili się policjanci, których wcześniej nie widzieliśmy na stadionie, i skierowali nas na płytę boiska, a potem do tunelu do którego weszli piłkarze. Gdy po dłuższym czasie oczekiwania zaczęliśmy  się niecierpliwić policjanci obrazowo wytłumaczyli nam, że kibice Girondins czekają na nas pod stadionem i chcą nam zrobić „bum, bum”. Myśleliśmy, że to jakaś mała grupka i mimo to chcieliśmy wyjść, jednak ku naszemu zaskoczeniu okazało się, że pod stadionem zebrała się ok. 300-osobowa grupa, która urządziła sobie z policją gonitwy wokół obiektu. W końcu w bardzo licznej obstawie policyjnej odjechaliśmy do hotelu, pod którym spodziewaliśmy się kolejnych kłopotów. Nic takiego jednak nie miało miejsca, a co ciekawsze na trasie nad tablicą z nazwą hotelu nadal powiewała wywieszona przez nas flaga w barwach klubowych. Ośmieleni takim stanem rzeczy poszliśmy pod hotel „Pullman”, do którego jednak nas nie wpuszczono. Wyszedł za to do nas prezes Dziurowicz tłumacząc, że powodem tego że nie możemy wejść jest oficjalny bankiet wydany przez gospodarzy, którzy na marginesie nie przypuszczali że zostaną wyeliminowani przez GieKSę. Gdy przed hotel wyszła do nas większość naszych piłkarzy pośpiewaliśmy wspólnie z nimi po czym udaliśmy się do okolicznych knajp świętować do rana sukces naszej drużyny. Na drogę powrotną wzięliśmy jeszcze nasze baniaki z winem, więc lot do Polski minął nam w przyjemnej atmosferze. Pamiętam tylko, że przed lądowaniem prezes Dziurowicz chodził po samolocie i prosił nas by po wylądowaniu zachować fason, bo na lotnisku czekały już wszelkiego rodzaju media. Prośbę prezesa oczywiście spełniliśmy, choć zdążyliśmy przeżyć jeszcze chwilę grozy, gdy samolot kilkakrotnie podchodził do lądowania. Zataczając koła nad lotniskiem wydawało się nam, że za chwilę zahaczymy o jakieś drzewo, więc Ci o słabszych nerwach mieli zamknięte oczy. Pamiętam kompletną ciszę na pokładzie aż do momentu wylądowania. Na lotnisku było jednak znów radośnie, a poza dziennikarzami witała nas grupa kilkudziesięciu naszych kibiców.

Piotr Hyla


Źródło: Monografia GieKSy Tom III

Po niespodziewanym zwycięstwie przy Bukowej z francuskim rywalem w końcówce meczu, gdzie popis wierności poprzez doping dali chuligani GieKSy z sektora D przyszedł czas na spotkanie rewanżowe.

Do Bordeaux wybrało się 30 fanatyków z Katowic, gdzie spotkanie zakończyło się remisem 1-1.

Źródło: magazyn ULTRA

Relacja kibica z Giszowca

30.10.1994
O 8:oo na ulicy Ceglanej w Katowicach zebrali się wszyscy którzy jechali na rewanżowe spotkanie II rundy pucharu UEFA. Przybyli dziennikarze, piłkarze wraz z żonami, no i oczywiście kibice. Wylot nastąpił o godzinie 10:00 z lotniska w Pyrzowicach. W samolocie LOT-u Tu 154 było dokładnie 101 osób. W tym ok. 40 kiboli GieKSy. Lot trwał ok. dwóch godzin. Czas ten zleciał bardzo szybko. Rozmawialiśmy z piłkarzami i robiliśmy z nimi i z ich żonami fotki. Kilka osób piła już za awans do III rundy. Widocznie robili to bardzo dobrze bo GieKSa awansowała. Na lotnisku we Francji czekały na nas dwa autokary. Jeden wraz z piłkarzami i działaczami odjechał  do luksusowego hotelu „Pullman”, a drugi z nami i żonami piłkarzy odjechał do mniej luksusowego hotelu „Unmotel”. Doba w takim hotelu kosztowała nas 220 franków francuskich. Resztę dnia zwiedzaliśmy piękne miasto jakim było Bordeaux.

31.10.1994
Następnego dnia, w znacznej części wypełniło nam zwiedzanie winiarni. Ekipa nie wytrzymała i już przed oficjalną degustacją próbowała wszystkie możliwe gatunki win…Wieczorem wybraliśmy się na trening piłkarzy, a przy okazji podziwialiśmy piękny obiekt Żyrondystów. Robiliśmy sobie fotki z piłkarzami na płycie boiska. Po treningu poszliśmy na piechotę do hotelu, niektórzy zahaczyli o ulicę typu Bankowa w Katowicach. Czyli o ulice na której roi się od ku*w. Jeden spróbował tej rozkoszy z jęczącą Francuzką, a cena jaką zapłacił to 600 FF. Podobno normalna stawka za tego typu usługi wynosi 300 FF, ale szmaty na wieść, że do ich miasta przyjeżdżają Polacy momentalnie podrożały. Przynajmniej w jednym nas doceniają…

01.11.1994
W dniu meczu pojechaliśmy nad Ocean Atlantycki, była kąpiel w lodowatej wodzie i fotki. Po powrocie z niecierpliwością oczekiwaliśmy godziny wyjazdu na mecz.  Na pół godziny przed umówionym czasem wszyscy byliśmy już w holu. Gdy jechaliśmy autokarem na stadion fani Bordeaux pokazywali nam na palcach jaki będzie wynik spotkania. Przeważały opinie, że będzie 4:0 ostatecznie 3:0 he he he. Gdy weszliśmy na sektor fani Bordeaux „gorąco” nas przyjęli. Całkowitym szokiem było dla mnie to, że między płotem a boiskiem nie ma ogrodzenia a jest … fosa !!! Flagi więc rozwiesiliśmy nad wejściem na sektor. Ta najpiękniejsza z napisem GISZOWIEC była najbardziej widoczna. Przebiegu spotkania nie będę opisywał bo chyba każdy widział je w telewizji. Młyn Bordeaux liczył ok. 4000 osób. Na całym stadionie nie było chyba nawet trzech flag co strasznie obniża ocenę kiboli  Girondins, którzy fantastycznie dopingowali swoich pupili. Jednak gdy oni milkli tylko na chwile my z całych sił darliśmy gardła. Doping w naszym wykonaniu był chyba całkiem niezły, bo słychać i widać było nas w telewizji. Na sektorze, który żeśmy zajmowali w pewnym momencie zapanowała cisza. Bordeaux strzeliło gola. Choć nikt głośno o tym nie mówił chyba każdemu przeszła przez głowę myśl, że możemy odpaść, że wielka szansa jaka się nadarzyła pomału nam się wymyka. Jednak wszystko dobrze się skończyło. Walec (Krzysztof Walczak) wykorzystał karnego i wtedy byliśmy już pewni że będziemy grać w III rundzie. Gdy sędzia odgwizdał koniec meczu, radość była ogromna. Naszym bohaterom zaśpiewaliśmy sto lat i próbowaliśmy wtargnąć na boisko, jednak akcja komandosów okazała się skuteczna. Później na sektorze trzymali nas jeszcze prawie godzinę.  Żandarmeria tłumaczyła to tak : Fans Bordeaux BUM BUM. Gdy już znaleźliśmy się w hotelu rozpoczęła się balanga, która trwała do białego rana, a ilość wypitego wina francuskiego sprawiła ze chyba nikt w najbliższym czasie nie będzie pił polskiego wina wytrawnego marki „Frutowin”. Rano wsiedliśmy w samolot i przed południem byliśmy już w Pyrzowicach, gdzie czekała na nas grupa szalikowców GKS-u. Było gorące powitanie.

>>>Piotrek  / Giszowiec <<<

Artykuł w jednej z gazet:

Wczoraj terminal lotniska w Pyrzowicach atmosferą przypominał trybuny piłkarskiego stadionu. Na wracającą z Bordeaux ekipę GKS Katowice czekały rodziny oraz kilkudziesięciu kibiców. 18-letni Darek, z obowiązkowym żółto-czarnym szaliku na szyi, „urwał się” z dwóch ostatnich lekcji.
-Prawie do drugiej w nocy oglądałem w telewizji mecz. Do Pyrzowic dotarłem okazją, ale przecież musiałem chłopców z bliska zobaczyć – powiedział i pognał w stronę drzwi z napisem „Arrival”.

Źródło: zin PSYCHO FANATICS nr 2, 1994