Litwa 2-0 Polska

25.03.2011, Litwa, Kowno

Relacja GieKSiarza

Kolejny mecz wyjazdowy, który należało zaliczyć… Tak sobie na początku myślałem, bo raczej nie spodziewałem się wielkich przygód. Myliłem się! Dzisiaj mogę napisać, że był to jeden z lepszych wyjazdów kadry, na którym byłem. Wieczorem w Katowicach zbiórka i autobusem ruszyliśmy do Kowna. Oprócz mnie jechało jeszcze 11-stu GieKSiarzy. Od początku drogi mało kto się oszczędzał alkoholowo (pierwsze ofiary alko były już w Katowicach – chłopak z Tarnovii miał urodziny :) ). Nasza trójkolorowa paczka rozsiadła się z tyłu i po jakimś czasie zaczęliśmy tworzyć nowe przyśpiewki. Jedne były bardziej udane, inne trochę mniej… Za Częstochową mieliśmy pierwszą, dość ciekawą przygodę. Stanęliśmy na szteli, by uzupełnić nasze zapasy, ziomek stację szybko zamknął (ciekawe czego się obawiał?) i udawał głupa. Grzecznie poprosiliśmy, by otworzył chociaż okienko i sprzedał kilka piwek, ale był niewzruszony. Sprawy nie mogliśmy tak zostawić! Dziwnym trafem okazało się, że jego samochód (popularny maluch) był otwarty, więc jeden ziomek długo się nie zastanawiał tylko wsiadł i odpalił :) Po chwili wyjechał ze stacji w siną dal. Mina typa ze stacji była bezcenna, a cała ekipa z autobusu nie wyrabiała ze śmiechu. Po jakiś pięciu minutach z piskiem opon maluch powrócił, szybko zawinęliśmy się do autobusu i odjechaliśmy. Gdy dobrym tempem jechaliśmy do północnej części naszego kraju okazało się, że brakuje jednego pasażera… GieKSiarza… Szybki telefon do niego i pytanie gdzie jest? On był przekonany, że siedzi w autobusie, ale prawda była taka, że jest na jakimś zadupiu… Na jednym z postojów wysiadł i się zgubił (co alkohol robi z ludźmi…). Przez kilkanaście najbliższych minut próbowaliśmy się od niego dowiedzieć gdzie jest, na początku twierdził, że w Krakowie, potem, że w Grodzisku Mazowieckim. Dopiero gdy trochę procentów z niego zeszło dowiedzieliśmy się, że jest na jakimś zadupiu i będzie próbował na własną rękę dostać się do Kowna – my byliśmy już w chuj daleko, by zawracać. Dojechaliśmy do granicy i zaraz nasz autokar został zmuszony zjechać na pobocze. Litewska psiarnia pozbierała dokumenty, spisała, przeszukała autobus i puściła nas dalej. Powoli zbliżaliśmy się do Kowna, gdy zostaliśmy zatrzymani ponownie na kontrolę. Tym razem jeden ziomek nie wytrzymał (miał za dużo procentów) i zaczął się szarpać z mundurowymi – dość szybko został skuty i zaprowadzony do suki. Kilka osób ruszyło z odsieczą (filmik z tej akcji był dość popularny na youtube) i odbili ziomka. Wszyscy zabarykadowaliśmy się w autobusie (odbity koleś z kajdankami na łapach też) i czekaliśmy na rozwój wypadków. Oczywiście po chwili zaczęło się zjeżdżać coraz więcej policyjnych aut. Chcieliśmy negocjować z psami, by wypisali jakiś mandat i puścili nas dalej, ale byli nieugięci – chcieli tego gościa i policyjną… czapkę, którą ktoś zajebał :) Po naradzie typek w kajdankach oddał się w ręce psów (zawinęli dodatkowo jeszcze dwie osoby, bo próbowali na nowo rozkręcić dym), a my pojechaliśmy dalej. Policyjna czapka się nie odnalazła :) Do samego miasta dojechaliśmy już spokojnie, podjechaliśmy pod stadion i ruszyliśmy kupić wejściówki (23 lity jeden bilet). Udało nam się też wbić różnymi sposobami na murawę i zwiedzić pomieszczenia techniczne – potem nas ochrona wyjebała. Do meczu sporo czasu, więc należało coś zjeść. Podzieliśmy się w mniejsze grupy i udaliśmy się do centrum. Znalezienie jakiegoś dobrego pubu, czy pizzerii graniczyło z cudem. Nawet w tej intencji udaliśmy się na chwilę do kościoła :) Rozmawialiśmy tam nie tylko o żarciu, ale o powołanych zawodnikach na Łęczną, ateizmie i szansach Stawowego na utrzymanie posady. Nie zapomnieliśmy też pomodlić się o zwycięstwo GieKSy (wygrała dzień później 4:2 :) ). Wreszcie udało się wbić do pizzerii, gdzie trochę się najedliśmy (skusiliśmy się też na deser).

Nadszedł czas pójścia na stadion, by obejrzeć w akcji biało-czerwonych. W drodze na stadion spotykaliśmy sporo grup kibiców i po chwili szliśmy wszyscy w jednej zwartej grupie. Nasza droga prowadziła przez jakiś większy lasek, było już ciemno, suki „ganiały” na sygnale, my śpiewaliśmy – wyjebisty obrazek! Pod stadionem czekało już sporo naszych, gołym okiem widać, że większość była kumata i nie przyjechała oklaskiwać Błaszczykowskiego. Pierwsze atrakcje zaczęły się dość szybko, jakimś cudem znalazłem się w środku bójki Broni Radom z Radomiakiem. Broń została dość solidnie przekopana, a kilku wzięło nogi za pas. Po pierwszej dawce emocji ruszyłem z kilkoma osobami pod bramę dla gości… Na pierwszy rzut oka widać, było, że za chwilę zacznie się wjazd z bramą… Cztery wejścia, a tylko jednym wpuszczali – ludzi od zajebania! Zaczęło się kulturalnie… od odliczania: 10…9…8 itd. Nie trzeba chyba pisać, co było potem – horda ludzi ruszyła w stronę bramy – widok naprawdę niesamowity jak tyle osób szturmuje bramy. Po kilku chwilach brama nie wytrzymała naporu, ochrona dostała po głowie i zaczęła się regularna bitwa o zdobycie sektora z AT, które wkroczyło do akcji. Pojawił się gaz, gdzieś latała kostka brukowa… Cała akcja trwała może z 20 minut. Byłem prawie pewien, że mecz zostanie odwołany, bo było naprawdę gorąco. Gdy podeszliśmy pod bramę, by wejść to zdziwienie sięgnęło zenitu. Nie było ochrony, AT wycofywało się z naszego sektora, budka z żarciem była doszczętnie rozjebana (mikrofala nie nadawała się nawet na złom), wokół pełno kostki brukowej, w powietrzu jeszcze smród gazu. Od razu na myśl mi przyszła Bratyslava!

Nie jestem w stanie opisać tego co czułem, gdy widziałem jak Polacy wyrzucili w sektora całą psiarnię, a trochę ich było. Spokojnym krokiem udaliśmy się na sektor, gdzie siedziała już większość kibiców. Sektor cały oflagowany – najbardziej widoczna była ekipa Jagi, która próbowała rozkręcić doping. Zajęliśmy cały sektor za bramką i na początku została zaprezentowana baloniada (+ kilka rac przy hymnie), a potem ruszyliśmy z dopingiem. Po przeciwnej stronie usadowił się młyn miejscowych, którzy na wyposażeniu mieli kilka flag – dla nas praktycznie niesłyszalni. Stadion to typowy skansen z lat PRL-u – beton i bieżnia na której ustawiły się oddziały AT.

W drugiej połowie, gdy nasi grajkowie grali totalne gówno, spora część kibiców ruszyła „pogadać” z psami. W ruch poszła ponownie kostka brukowa (wyrywane były całe płyty chodnikowe), mundurowi nie były dłużni i co chwilę smakowaliśmy gaz… Jednak najgorsze świństwo posmakowaliśmy pod koniec szpilu. AT, które stało na bieżni zaczęło w trybuny wrzucać gaz, ale to taki gaz, że nie szło wytrzymać. Jedni rzygali, inni próbowali złapać szybko oddech. Każdy wybiegał po omacku z sektora, by tylko znaleźć się w innym miejscu. Kilka dobrych minut zbieraliśmy się do kupy, by ponownie wejść na sektor. Odśpiewaliśmy na koniec hymn, piłkarze po końcowym gwizdku trochę poklaskali i bez przeszkód opuściliśmy stadion. W drodze do autobusów było spokojnie i dość szybko w wyjechaliśmy z Kowna. Wszyscy zmęczeni zasnęli, ja obudziłem się w Suwałkach, gdy zobaczyłem, że eskortują nas radiolki… Każdy zastanawiał się gdzie nas prowadzą – podjechaliśmy pod komendę… Światła pogaszone, psy w maskach i bronią, tylko zapalone światła z suk. Dostaliśmy informacje, że każdy po kolei wychodzi na spisywanie i zdjęcie. Jakąś godzinę mieliśmy tam postój, na szczęście skończyło się tylko na spisywaniu. Psiarnia szukała winnych osób, które w drodze do Kowna trochę zapromowały na jednej ze szteli – winnych u nas nie znaleziono. Jeszcze w Suwałkach odebraliśmy naszą „zagubioną owieczkę” – GieKsiarza który się stracił w drodze do Kowna i ruszyliśmy w drogę powrotną. W Katowicach byliśmy po 15, jakaś szama i na mecz GieKSy :)

Po tym meczu media zaczęły kolejną nagonkę na kibiców. Jeden ze sportowych dziennikarzy (pominę nazwisko tego biedaka) pisał tak: „…wiele w życiu widziałem, ale takich scen jak w Kownie nie widziałem. Wszędzie mnóstwo kiboli o twarzach nie tkniętych inteligencją. Większość bardzo mocno pijana. Są tacy, którzy nie potrafią ustać na nogach, przewalają się na chodniki. Ale ci są najmniej niebezpieczni. Gorsze są grupy w dresach i bluzach z kapturem. Widać, że przyjechali po mocniejsze emocje. Szukają zaczepki, są agresywni. Centrum miasta jest sterroryzowane. W knajpach, pizzeriach siedzą polscy chuligani. Rozwalają stoliki, rzucają szklankami po piwie. Czują się totalnie bezkarni. Szkoda, że naszym piłkarzom zabrakło wyczucia – po meczu podeszli do trybuny z chuliganami, dziękując za doping….”.

Jackoow

Źródło: zin SK1964 nr 32

Ten mecz na pewno będzie długo wspominamy przez wszystkich kiboli, którzy byli tam obecni. Tuż po przekroczeniu granicy nasz autokar miał spięcie z psami, ale na szczęście mogliśmy jechać dalej. Jeszcze przed rozpoczęciem meczu swoje sprawy załatwiają kibole Broni Radom z Radomiakiem. Pod stadionem, który przypominał skansem, czuć było zadymę. Wreszcie nastąpił udany wjazd z bramą i wyjebanie całej psiarni z sektora + rozjebanie stoisk z jedzeniem. Praktycznie przez całe spotkanie walki z psami. Pod koniec meczu policja używa mocnego gazu na cały sektor. Na meczu 12 GieKSiarzy.

Źródło: zin SK1964 nr 42