Marsz Niepodległości 2010

11.11.2010

Wspomnienia GieKSiarza

Przygotowania

Wyjazd na ten Marsz chodził mi po głowie już kilka miesięcy przed datą „zero”, z każdym dniem te postanowienie utrwalało mnie w przekonaniu że muszę tam być. Na kilka dni przed 11 Listopada sprawa stoi w miejscu, transportu brak, w kasie też deficyt… z L. Postanawiamy się ugadać coś 8-9 Listopada aby ostatecznie postanowić co robimy, a raczej jak to robimy ;-) bo to że jedziemy było pewne, tylko właśnie JAK? ;-) Mieliśmy łącznie coś 65 zł na całą podróż, troszkę mało… ale co to dla nas, pierwszym pomysłem był wyjazd ubitym autem, wtedy powinniśmy się zmieścić w budżecie – telefon poszedł w ruch i pierwsze zderzenie z rzeczywistością, nikt w tym dniu nie ma wolnego auta, nie mówiąc już o skompletowaniu załogi… więc może busem? Nie ma chuja-za drogo, no to pociągiem? No w jedną stronę będzie na styk, a co z powrotem? Kilka godzin w kiblu to opcja niezbyt przyjemna ;-) Wtedy wpadamy na wariacki pomysł – w jedną stronę autostopem, jak ludzie jeżdżą po Europie to czemu my byśmy mieli nie dać rady? Opcja nie licha, wszak jest gierkówka, więc jak dobrze by poszło to za jednym zamachem byśmy dojechali do Stolicy a powrót miał być pociągiem z końcowymi stacjami na krzywy ryj, w sumie tak by było trzeba jechać, gdyby nie fakt że L. przypomniało się że ma znajomego z MW, w końcu MW było współorganizatorem marszu więc pewnie organizują jakiś wyjazd ze Śląska, szybko wykonane kilka telefonów i mamy pochytane dwa cieplutkie miejsca w autokarze, i do tego po znajomości za 30 zł od głowy czyli na styk ;-)

Wyjazd

Nadszedł dzień wyjazdu, był to mój, jak i L. Pierwszy taki wypad, obaj nie wiedzieliśmy czego się spodziewać – zwyrolskich nazioli, czy harcerzy w garniturach, jak to w życiu, prawda leżała po środku ;-) Na zbiórce okazuje się że mamy do czynienie ze spoko typami, nasze wyobrażenia były trochę z krainy mchu i paproci ;-) Pora odjazdu, jako że byliśmy świeżakami to trafiamy do busa z typami ze Sosnowca i okolic… nie ma co ukrywać, gadka się nie kleiła hehe ;-) ale jakoś dajemy radę a podróż mija nam na słuchaniu piosenek o żydowskich łbach topionych w przeręblu ;-) W Częstochowie dobija do nas kolejny bus i powoli toczymy się do Warszawy. Same miasto robi dość spore wrażenie, jest znacznie większe, więcej ludzi na ulicach, widać że klimat miasta jest bardziej „Europejski” – dużo siniaków, czarnuchów, furorę w busie zrobił pewien…. skośnooki czarnuch ;-) Przez moment było można poczuć się jak na safari. Warto zaznaczyć że podróż do odbyła bez problemu, pełna kultura na postojach i stacjach, taka odskocznia od dzikich kibicowskich wyjazdów na których różnie to bywa ;-)

Manifestacja

Nasz driver podjeżdża prawie pod samą Kolumnę Zygmunta, bierzemy drzewce, flagi i ze śpiewem na ustach idziemy na miejsce zbiórki oddalone o jakieś 200 metrów? Warszawy to my nie pozwiedzaliśmy ;-) Na miejscu zbiórki jesteśmy jakieś 40 minut przed marszem, ludzie powoli się zbierają, w tłumie patriotów szwendają się hieny, tzw. fotoreporterzy, było widać że miny mieli nie tęgie, niestety nikt nie hajlował, nie było swastyk, nie było antysemickich okrzyków… oj chyba hieny nie zarobiły na nowe spodnie/sukienki. Wraz z nadchodzącą godziną zero, milicja obtacza nas szczelnym kordonem, rzucał się TŁUM który zbierał się wokół nas, setki osób obserwujących, wydawałoby się, że biernych gapiów… gdzieś tam w oddali słychać także gwizdki które będą nam często towarzyszyć tego dnia, w pewnym momencie wyciągamy biało-czerwone flagi na drzewcach, efekt kilkudziesięciu flag na wietrze piorunujący… „wodzirej” z megafonem przedstawia krótki regulamin marszu, i w asyście narodowych okrzyków ruszamy! Ku naszemu zdziwieniu tłum o którym wspomniałem wcześniej rusza i idzie z nami! W tym momencie wiedziałem że będzie nas dużo, ale nie spodziewałem się aż tak dużo, po schodach o szerokości około 3 metrów pochód schodzi około 15 minut, liczba osób zaskoczyła nawet samych organizatorów nie wspominając o milicji, która na kilkanaście minut przed marszem stwierdziła że będzie nas maks 400 osób… tak o oto obrzeżami centrum kierujemy się w kierunku Pomnika Dmowskiego, po drodze spotykamy kilku pajaców z SLD, kilku lewaków, ale ogólnie spokój i dumny marsz wśród morza biało-czerwonych flag, niestety dochodzi do lewackiej blokady, marsz staje, czuć że atmosfera gęstnieje i wisi coś w powietrzu, ktoś rzuca racami, w tle słychać szum gwizdków, ktoś szturmuje skrzydłem przez park, ktoś z niego wybiega, jakaś grupa nawołuje, bez wąchania biegniemy w stronę parku, mijamy jakiegoś znokautowanego lewaka, latają kamienie, hałas, petardy, race, totalny rozpierdol, efektu dodawała pora – było już ciemno! Czułem się jakbyśmy pojechali do Chorzowa w 1000 osób bez obstawy psów… bo milicja ewidentnie sobie nie radziła. W oczy rzucała się duża ilość kiboli, Legii, Lecha, ŁKS, Łomży, Płocka… itd. Wszyscy ponad podziałami przeciwko lewactwu. Sytuacja z biegiem czasu się uspokaja, ale stoimy w miejscu już coś 2 h, ludzie zaczynają się niecierpliwić… dużo osób to byli ludzie starsi, rodziny, kobiety… więc nie każdemu uśmiechało się stać kilka godzin pod gołym niebem tego chłodnego i wietrznego wieczoru. W czasie gdy już myślałem że policja rozwiąże marsz ktoś rzuca hasłem że idziemy boczną ulicą. Pełen spontan to jest to! Tłum ponownie rusza, od tego momentu na marszu był już spokój, dochodzimy pod pomnik Dmowskiego gdzie kilka osób z komitetu poparcia jak i organizatorzy wygłaszają krótkie przemowy, odpalono kilka rac… atmosfera jest podniosła. Ludzie się powoli rozchodzą do domów, my dostajemy info, że mamy zostać pod pomnikiem, a busy podjadą do nas aby nie musieć nigdzie już chodzić, zbieramy się i po 21 ładujemy się do busów w drogę powrotną.

Powrót

Droga powrotna zapowiadała się znacznie lepiej, bo nie jechaliśmy z typami z Sosnowca tylko trafiliśmy do busa z chłopakami z Katowic, szybko wyjeżdżamy z Warszawy, lecz okazuje się, że zawinięto jednego z naszych, do tego chłopaka z Mysłowickiej GieKSy, niestety nie ma z nim kontaktu, a zawracać cały bus trochę lipnie, więc dzwonimy do kierowcy auta aby zawrócił i na niego poczekał, ogólnie wszystko skończyło się dobrze a my w dobrych humorach ruszamy przed siebie. Podróż mija nam na integracji, rozmowach, przemyśleniach i konsumowaniu „zapasów”, w takiej atmosferze ;-) pękają lody i dowiadujemy się, że praktycznie cały bus za GieKSa, zarzucane są GieKSiarskie piosenki, teraz wszystko ułożyło się w całość i już wiemy skąd znamy te zwyrolskie twarze ;-) To tylko jeszcze bardziej rozluźnia atmosferę. Podróż mija nam bardzo szybko i około 3 meldujemy się w Katowicach, niektórym było żal wysiadać z wesołego busa więc trwało to trochę ospale ;-) W międzyczasie jedna osoba postanowiła porozmawiać z niepewnie rasowo obsługą kebabu na Andrzeja urządzając terror klienteli i obsłudze, jasno dając do zrozumienia że kebaby są chujowe ;-) Krótka wymiana zdań i się oddalamy, na Mikołowskiej część kieruje się do domu, a cześć postanawia kontynuować wyprawę na Brynowskiej melinie ;-) Ja należałem do tej pierwszej grupy… Tak oto wyglądał zeszłoroczny marsz, który uważam za bardzo udany, czy ten będzie lepszy? Chyba każdy nie ma co do tego wątpliwości ;-)

P.

Źródło: zin SK1964 nr 38