Polska 0-0 Anglia

08.09.1999, Warszawa – Stadion Wojska Polskiego

Relacja kibica Wisły Kraków

„Ten mecz już długo wcześniej zapowiadał się interesująco. Układy na kadrze funkcjonowały w pełni – wyklarowały się dwa silne obozy, jeden skupiony wokół Arki/Lecha/Pasów drugi trochę bardziej rozbudowany ale nie tak silnie scalony to nasz w którym egzystować musiały ze sobą takie kosy jak Legia-Wisła czy Pogoń-Lechia. Bez wnikania w szczegóły nadmienię że na 3 miesiące przed tym meczem na gościnnych występach zaogniliśmy stosunki na linii my-Zagłębie Sosnowiec.
Po prostu w pewnym miejscu pomyliliśmy Ich z Legią i potraktowaliśmy nieulgowo. Myślałem, że na ten meczyk znajdzie się więcej chętnych ale, może z powodu środy i bardzo małej szansy obejrzenia meczu liczba nasza zatrzymała się na bodaj 35 osobach. W drogę do stolicy wyruszyliśmy z niezłym ekwipunkiem gdyż tego dnia mogło na nas czyhać wiele „atrakcji” a liczba nie była naszym atutem. Spodziewaliśmy się standardowej wojny na kadrze z Arką/Lechem i Cracovią, z tymi ostatnimi powinniśmy podążać jedną drogą więc czujność była wzmocniona.

Do tego jak już wcześniej wspomniałem spodziewać się mogliśmy próby zemsty ze strony Zagłębia Sosnowiec i Legii za wspomniane już wydarzenia. Bo na reprezentacji niby układ jest, ale historia często pokazywała, że jest to krucha „instytucja”. Autokar trafił nam się wyjątkowo luksusowy, wysoki, z toaletą, na 60 osób… Zresztą wystarczy powiedzieć, że dzień po meczu miał być środkiem podróży pewnego biura turystycznego do Hiszpanii. Tak więc podroż upłynęła świetnie, gdyż każdy miał niemal dwa miejsca dla siebie. Do tego kierowca był naprawdę równym gościem i nie uprzykrzał zbytnio życia. Jeszcze przed wyjazdem atrakcją stał się jeden z nas, do którego notabene teraz min skierowana może być flaga WIERNOŚĆ, który był tak głodny że pożarł naraz to co było pod ręką czyli… 3 kilo bananów i słoik musztardy… Na serio. Spodziewaliśmy się ze policja również tego dnia będzie czujna i postanowiliśmy dobrze schować nasze „przedłużacze rąk”.

Z pomocą przyszedł kierowca, który w tym celu udostępnił nam toaletę (nam pozostały przystanki w lesie) i odkręcił od niej klamkę w razie wizyty policjantów w autokarze. Jadąc dostajemy telefony od Lechii, już przebywającej w Warszawie, że najprawdopodobniej odbędzie się tego dnia ustawiona walka z angielskimi chuliganami. Nie powiem większość z nas była podekscytowana tym faktem, gdyż taka gratka nie zdarza się na co dzień, a do tego skonfrontować swe siły mieliśmy z najsłynniejszymi przecież chuliganami w Europie. A wiadomo, że na takim sprawdzianie każdy chciałby wypaść jak najlepiej. Tak więc pełni nadziei zbliżaliśmy się do Warszawy. Już kilkadziesiąt kilometrów przed nią pokazał nam się 100 metrów przed nami policjant z lornetką, po oblukaniu zapewne naszych rejestracji wyjął lizaka (nie słodycze oczywiście) i nakazał zjazd na pobliski parking.

Tutaj naszym oczom ukazał się trochę przygniatający widok, kilkanaście radiowozów i full gadów. Oczywiście wysiadka, rewizja nas i autobusu. Na pytanie o toaletę i brak klamki kierowca skwitował, że jest awaria i nie da się otworzyć itd. Uwierzyli = kamień z serca. Pewnie gdyby nie pomoc kierowcy już tam zakończylibyśmy podróż tego dnia.
W końcu psy się odpierdalają i jedziemy dalej. W Warszawie kierujemy się we wskazane telefonicznie miejsce. Ponieważ nie do końca wierzymy w to, że do walki dojdzie, nie do końca wiemy gdzie jesteśmy i nie chcemy robić przypału sprzęt zostaje w autokarze. Spotykamy się z chłopakami z Młodych Orłów (Lechia) oraz Teddy Boys (Legia), jest jeden gość ze Śląska Wrocław (grali tego dnia jakiś mecz i dlatego ich nie było). Okropnie zdziwił nas to, że było w Warszawie Zagłębie Sosnowiec, Pogoń Szczecin i Widzew Łódź, a nie byli na miejscu zbiórki. Nie wnikam czemu do umówionej liczby około 100 osób własnie zakwalifikowano nas, a nie ich. Liczbowo rozkład sił wyglądał mniej więcej tak, że nas było 35, a Lechii i Legii było po około 40 może ciut więcej osób. Kierowani przez Legionistów przemieszczamy się do Parku Saskiego.

Tam czekamy na Anglików tocząc rozmowy z niektórymi Warszawiakami (choć z większością omijamy się szerokim łukiem i spojrzeniami spode łba). Opowiadają wydarzenia ostatniej doby dla nich ten mecz zaczął się już dzień wcześniej i od tamtej pory na Starówce, co rusz dochodziło do spięć między angielskimi „lads” a polskimi chuliganami. Dowiadujemy się, że angielska grupa do bicia została zaopatrzona w wydrukowane mapki ze wskazaną droga do miejsca konfrontacji.
Jak już wcześniej wspomniałem nie za bardzo do końca jeszcze wierzyliśmy, że wszystko dojdzie do skutku oraz jako „persona non grata” staliśmy trochę z boku. Nagle coś zrobiło się ciemno, stojąc na skraju parku widzimy wychodząca z niego „ławe” typów. Rzut oka i wiadomo angole, krótkie spodenki, koszule na wierzchu lub przewiązane w pasie, niektórzy w łapach sprzęt a niektórzy browar. Inny styl chuliganki niż polski. U nas raczej typ, że tak to nazwę sportowy – każdy rozgrzewa stawy, mięśnie. No, ale tak jak napisałem, od Angoli robi się ciemno.

Wysuwają się niczym cień z parku, na pewno było ich więcej niż 100 (nas zresztą też), oceniam ich na mniej więcej 150 osób. Pierwsze linie obu grup już nawiązują bezpośredni kontakt, jak na filmach historycznych pierwsze skrzyżowanie mieczów, w tym wypadków noży dwóch Angoli z dwoma Polakami (wielkimi od jodu ).

Angole w szoku, gdyż gabaryty wśród Polaków naprawdę spore, a przecież dla nich jesteśmy egzotyką, nic o nas nie wiedzą i taktuję zapewne jak my Rumunów czy Ruskich. Opisywane psychologiczne pierwsze skrzyżowanie zdecydowanie na korzyść Polaków, my jako że staliśmy z 30 metrów dalej dobiegamy do linii frontu.
Widać w oczach Anglików zawahanie. Jak wyszli z parku rozbujani, pewnie siebie, idący po łatwe zwycięstwo (jak zawsze w całej Europie), tak Ci z dalszych szeregów stanęli wryci i pokazali chwilę słabości. I to był ich błąd. Zgrało się to wszystko w sekundę z naszym wbiegnięciem w nich i zaczęło się k…a … braveheart  Angole z wyjątkami biorą odwrót, wyjątki próbujące walki są od razu torpedowani… lądują na glebie. Może jestem kurcze trochę zboczony ale wyglądało to świetnie… goście stojący do nas twarzą, czyjś wyskok, kop w ryj i syn Albionu na glebie. Oczywiście zaraz nad gościem wiruje kilka osób by wykluczyć go z dalszej potyczki.

Peleton podąża na wskroś przez park za stadem Anglików. Ci topnieją, grupki próbują podjąć walkę za każdym razem przegrywają je i pozostają na torturze, jak nazwałby to Warszawiak. Nie mam pojęcia ile to trwa gdyż w takiej sytuacji człowiek jest w lekkim amoku i szczerze pisząc nie za bardzo się kontroluje. Anglicy wylatują z parku z drugiej strony i przebiegają przez skrzyżowanie z torowiskiem. Na końcówce parku obracają się by spróbować jeszcze walczyć. Słychać policyjne syreny. Legioniści powoli się wycofują słysząc to, zostajemy niemal samą Wisłą, kilku z Lechii i Legii. Nie że jesteśmy jakieś kozaki ale nawet nie znamy terenu i wolimy zostać w grupie niż się rozbiegać… Teraz spięcie z Anglikami na pasach, angole wykorzystują swoje stanowisko na torowisku i leci na nas grad kamieni. Z naszej strony to samo. Patrzę a około mnie stoi kolo w koszulce piłkarskiej jakiegoś angielskiego klubu. W amoku nikt dokładnie się nie przyglądał, a okazuje się że kilku nie mających sił uciekać stoi między nami.

Ładuje gościowi się z buta na klatę i facet ląduje na glebie, jeszcze strzał by przygnieść go do gleby ale nie ma za dużo czasu gdyż kamory świszczą wokół i odbijają się od chodnika. Już widać radiowozy, podnoszę głowę i widzę podobny jak w moim przypadku widok, kilku Angoli na glebie i chłopaki nad nimi. Ale teraz gdy zagrożenie ze strony psów stało się już widoczne nerwy puszczają wszystkim i się rozbiegamy po kilka/kilkanaście osób. Na szczęście trafiam do grupy z jakimś Legionistą który dobrze zna rewiry i prowadzi nas w jakieś bezpieczne miejsce.

Nie znam się na geografii naszej stolicy ale kolumnę Zygmunta poznam. Pod nią lądujemy. Idzie jakiś chłop w koszulce piłkarskiej klubu z Wysp. Krótki pokaz elokwencji i językoznawca „where are you from?” „…yyy…” „where are you from!?” „i’m from Germany … Bremen” chwila zawahania po czym koleś z Krk któremu widać szok bitewny jeszcze nie spadł odpowiada „na pewno k…a” i nokautuję gościa najlepszym ciosem łbem w pysk jaki kiedykolwiek widziałem.. Angol leci do tyłu z dwa metry i udaje nieżywego. Idziemy dalej ale tych Angoli wokół sporo… ale większość unika spojrzeń, to nie ci od mocnych wrażeń a że Wyspiarzy tego dnia przybyło chyba z 2 tysiące to są na każdym kroku. Nie lejemy już nikogo, trzeba się dostać pod stadion.

Kierowani nadal przez Legionistę tułamy się jakimiś tramwajami, autobusami. Widać kursujące radiowozy i przyglądających się psów z nich, już wiedza o awanturze w Saskim. Rozdzielamy się na jeszcze mniejsze grupy. Gdzieś w centrum cumuję z jakimiś typami z Wawy, Gdańska i Krk na obiadku. Teraz letarg i sielanka, czas ukoić nerwy, rozmowy w knajpce z sympatycznymi Warszawiakami, piwko i tego typu uspokajacze. W końcu spotykamy się większa grupką i udajemy się pod stadion. Legioniści w drodze informują nas że bardzo cięte jest na nas sosnowieckie Zagłębie. Trochę ciężko bo w tej chwili jesteśmy porozbijani na grupki.

Trafiamy do jakiegoś parku w okolicy stadionu, przechodzimy nim i mijamy grupkę Zagłębia i Legii. Kolesie z Zagłębia wyglądają naprawdę konkretnie. Krzywe spojrzenia ale do niczego nie dochodzi… być może łagodzi sytuację obecność z nami typków z Lechii i u nich chłopaków z Legii. Zaraz mijamy Widzew, Motor, rozmowy ze znajomymi z całej Polski… w czasie tych wszystkich meczów repry znamy się już z gościami z tych ekip osobiście. Ciągłe oczekiwanie na Triadę (Arka-Lech-Cracovia) ale i nieustające opisy przeżyć sprzed kilku godzin z parku.

Każdy opisuje jak to widział ze swojej perspektywy, każdy dodaje nowe szczegóły, informacje prasowe powoli docierają do nas… kilkunastu angoli rannych w tym kilku ciężko… kilku pociętych kosami. Oczywiście podejrzenie pada na nas ale daję sobie łeb uciąć że to nikt od nas… wszystko bowiem zostało w autokarze… my do końca nie wierzyliśmy że będzie ta ustawka. Bilety na mecz ma chyba tylko 6-8 osób od nas. Legia proponuje jakieś fałszywki, kserówki, drogie oryginały itp. Stwierdzamy jednak że ch*j ze stadionem, oglądniemy mecz w jakiejś knajpie przy piwku. Ci co mają iść na mecz idą a my ładujemy się na chwilę w autokarze i odpoczywamy. Krótki przegląd okolicy w poszukiwaniu knajpy z telewizorem zakończony niepowodzeniem. W końcu wpadamy na pomysł najprostszy z prostych… przecież mamy TV w autokarze.

Parkujemy z 200 metrów od stadionu (jak się idzie od Powiśla zawsze na Legię to mijając krytą skręca się w lewo nad kanał i sektor dla gości – my staliśmy z 50 metrów dalej w przód). Zapraszamy do środka kilkunastu chłopaków z Polonii Bydgoszcz którzy również kręcą się bez koncepcji wejścia na stadion. Musze przyznać że jak na tak nieznaną grupę charakteryzowali się naprawdę imponującymi gabarytami. Popijamy piwko, oglądamy mecz, gadamy z Bydgoszczanami a doping i odgłosy ze stadionu mamy na żywo tuz obok (wyłączamy ogólnie głos w TV).

W pewnym momencie ze stadionu słychać szum, wrzawę i po chwili TV pokazuje spięcie miedzy sektorami Anglików i Polaków. W centralnym miejscu sławna czerwona flaga Wisły. W pewnym momencie znika a my dostajemy kurwicy bo myślimy że zdobywają ja Anglicy. Między sektorami widać latające race. Musimy dostać się na stadion. Mamy pomysł gdyż dwa lata wstecz wbijałem się na Żyletę od tyłu w kilka osób przez jakieś garaże na mecz Polska – Węgry. Niestety opisywałem już naszą miejscówkę, a wobec tego że była położona tuż za sektorem Anglików powitało nas chyba z 300 psów i zapory z barierek oraz szaleniec na koniu (standard w WuWuA). W takiej liczbie jaką prezentujemy (40 osób nawet nie ma się co ośmieszać).

Rezygnujemy z próby dostania się na stadion. Na szczęście okazuje się że flaga Wisły jest w rękach Wiślaków, na stadionie uspokaja się i mecz dobiega końca. Jedziemy pod Źródełko (knajpa Legii) gdzie przychodzą ekipy z całej Polski. Legioniści po telefonicznych rozmowach z Anglikami przekazują że synowie Albionu rozdrażnieni przedmeczową porażka chcą rewanżu. Pada propozycja miejsca – pod Pałacem Kultury, Angole będą szli na Centralny a my mamy gdzieś czekać. Udajemy się tam i parkujemy autokar z drugiej strony Pałacu. Przy głównej trasie jest sporych rozmiarów ogródek z krzesełkami itp itd. Siedzimy sobie popijając piwo, dozbrajając się, jedząc i obserwujemy zjazd innych ekip z Polski. Tutaj już dokładnie nie mogę stwierdzić jakie kluby były bo ciemno było jak skur… było już cos koło 23-ej.

W końcu słychać a wręcz czuć zbliżający się tłum Angoli. W ciemnościach nic nie widać ale słychać wrzaski i śpiewy. Muszę przyznać że o ile przed meczem organizacja była super o tyle teraz było więcej chaosu, trochę się niepokoiłem o wynik tej potyczki. Tym bardziej że nie znamy nawet liczby Angoli, a jak idą k…a wszyscy?? 2000? Jednak tym razem policja była szybsza, na nieszczęście dla Anglików. Kaski wpadają do naszego ogródka i wymiatają nas na chwile z niego. Gdyby Angole wpadli chyba by wygrali. My po chwilowym wycofaniu, dozbrajamy się i wracamy gdyż trasa przed ogródkiem właśnie maszeruje kilkuset Angoli. Nie wiem jak się zaczęło ale psów już tutaj nie było a jak wpadłem na ulicę już wszystko się działo… ekipy z Polski z ciemności wyskakują na Angoli z boku i z tyłu. Ci w szoku. Krótkie walki spowodowane tym że wpadamy bezpośrednio w ich watahę ale ogólnie Anglicy drą zelówy na Centralny, który mają ze sto metrów przed sobą. Nie wiem co się działo na początku ich peletonu ale domyślam się że poszła panika i uderzyli w tych psów którzy nas wcześniej wymietli z knajpy i teraz szli przed Anglikami z przodu.

Widok był taki że go nie zapomnę do końca życia. W ruchu był cały sprzęt ogródkowy i knajpiany. W końcu znów lecą psy i trzeba się zmywać albo grać głupa. Jako że autokar mamy 30 metrów dalej nam pozostaje kleić głupa. Widzę kilku stojących gości z tobołami i przyglądających się całej bitwie z boku. Podbijam do nich i udaję że stoję z nimi. „szto eta?” słyszę (ooo goście zza wschodniej granicy) goście z wybałuszonymi oczami patrzą na mnie oczekując że im nie wiem co oznajmię, ze trzecia wojna światowa czy co odpowiadam „eta tolka futbol miacz… Polska-Anglia”.

Kiwią że zrozumieniem i dalej stoją w szoku nie wiedząc co sobą począć. Ja za to wiem, opuszczam ich i widząc że psy wracają do swoich podopiecznych Anglików, udaje się do autokaru. Nie musze dodawać że po takich wyczerpujących wydarzeniach zjadłbym konia z kopytami i wypił beczkę piwa. Na szczęście okazuje się że dosłownie 10 metrów obok naszego autobusu stoi taki autobus unieruchomiony przerobiony na całodobową jadłodajnię.

Zaszyci w ciemnościach autokaru (nie świecimy świateł by nie zwabić psów których mnóstwo stoi 100 metrów od nas chroniąc dojścia do Centralnego) wychodzimy po 3-4 osoby do „restauracji” i wracamy z zakupami. W ten sposób możemy oglądać bezpiecznie manewry psów, pożywiając się przy okazji.

Nie odjeżdżamy jednak gdyż Legioniści informują nas (a jest już koło północy) że jest jeszcze grupa anglików chętna na kolejny rewanż znów w Parku Saskim. Mediacje jednak z Anglikami przedłużają się o wiele za długo, owszem może i dla Legionistów to był kąsek bo byli u siebie w mieście ale dla nas poruszanie się takim autokarem po nieznajomych terytoriach w środku nocy w chwili gdy setki policjantów trzepią miasto w poszukiwaniu takich jak my to już za duże ryzyko. Do tego dochodzi zmęczenie całym dniem i zaczynają się dywagacje czy jest sens jeszcze czekać oraz tłuc się w parku nocą (to byłby już zupełnie hardcore).

Powoli przeważa opinia o bezsensie takiego czegoś. Do tego rozmowy miedzy stronami coś się nie kleją. W końcu ulegamy namową kierowcy, który jak już wspomniałem następnego dnia miał tym samym autokarem zapicować do Hiszpanii, udajemy się w drogę powrotną do Krakowa. Wraz z nami wraca dwóch Wrocławian, którzy nie mają czym wracać a i wizyta na centralnym nie była wtedy dobrym rozwiązaniem. Byłem tak zmęczony a miejsca było tak dużo, że usnąłem chyba nim jeszcze wyjechaliśmy ze stolicy. Wszyscy zresztą chyba popadli jak muchy. Gdy się obudziłem szok, gdzie my k…a jesteśmy? Spodek! Dopiero po chwili doszło do mnie ze kierowca okazał się naprawdę gość i podwozimy chłopaków ze Śląska do Katowic gdyż z Krakowa nie mieli dobrych pociągów. Znów zasnąłem a gdy się obudziłem to było już jasno a my dojeżdżaliśmy do hali Wisły gdzie zaparkowany miałem samochód. Powrót do domu w chwili gdy rodzice wychodzili do pracy, standardowe pytanie” O KTOREJ MIAŁEŚ BYĆ?!?!” (przed wyjściem twierdziłem ze koło północy) ale już po chwili spałem jak niedźwiedź.

Relacja Bałtyku Gdynia

Mecz określany przez niektórych meczem stulecia (nieco przesadnie) wywołał olbrzymie zainteresowanie. Jak podawały media, chętnych do obejrzenia tego meczu na żywo było prawie 300000 osób! Tymczasem będący w remoncie stadion Legii mógł zmieścić tylko 15 tyś. chętnych, w tym 3 tyś. z Anglii. Tak więc otrzymanie wejściówki na ten mecz graniczyło nieomal z cudem. Także i my mieliśmy wielkie kłopoty. Mieliśmy już potwierdzone faxem 50 biletów, jednak później okazało się, że zrobiono nas w konia i nie mamy nic. Do roboty ruszyli więc fałszerze. W dniu wyjazdu mieliśmy ponad 30 świeżych, pachnących farbą drukarską biletów. Już przed godz. 10-tą staliśmy, na razie w 7 osób pod barem „Alcatraz” (miejsce naszej zbiórki) i czekaliśmy na resztę. Doczekaliśmy się… śledzi. Nie wiem ilu ich wpadło na nas, ale słyszałem o czterech jeżdżących i szukających nas samochodach. Zrywamy się niestety, trzech od nas dopadają i nico obijają. Straty nasze to zawartość skrojonej reklamówki – szalik, komórka i 3 race. Swoją drogą bardzo mnie ciekawi, skąd Arka wiedziała o miejscu i godzinie naszej zbiórki. Czyżby jakaś gnida spośród nas wygadała? Pewnie się tego nie dowiemy. Potem już bez komplikacji zbieramy się i jedziemy do stolicy. Nasze pojazdy to bus i 6 samochodów. Spotykamy  się wszyscy pod stadionem 2 godziny przed meczem i od razu udajemy się na stadion. Tu się zaczęły niezłe przeboje. Mało bramek, sporo chętnych powodowało niemiłosierny ścisk. W zasadzie wszystko można było wnieść, gorzej z biletami – tu kontrola była drobiazgowa. Jednak jakoś się nam udało – albo bilety były dobrze podrobione, albo udało się zbiec. Dużą rolę odgrywała też wszechwładna w Polsce łapówka, którą ochroniarze i policja ochoczo przyjmowali. Ogółem na meczu zameldowało się nas 32 osoby. Mecz był dość dobry i czas nam upływał w spokoju. Widzieliśmy jak paru fanów zaatakowało wieszających flagę „Wronki” i „Września”, gdyż uważali za pewne fan-clubowanie przez te miasta Lechowi. Później mała awantura miała miejsce po tym, jak nasi zaatakowali Angoli wystrzeliwanymi w nich efektami świetlnymi. Angole się wku*wili, rzucili się na płot i wyrwali trochę krzesełek. Po chwili krzesełka zaczęły lecieć także w polskim sektorze. Sytuacje opanowały psy. Gdy nadeszła gdzieś 80 minuta meczu przebiegł nasz młodzieżowiec z Rumi i powiedział, że zarobił strzała od 40-letniego typa, po czym stracił szalik, wysłuchując przy okazji obelżywych zwrotów pod adresem Bałtyku. Od razu zareagowaliśmy, tworząc naprędce małą ekspedycję karną i udaliśmy się na poszukiwanie typa. Szybko go znaleźliśmy, dalej coś burzył, dostał z główki, potem z pięści, gdy upadał zaliczył jeszcze ze dwa kopy. Reakcja typa była nietypowa, bo padł na glebę i się nie ruszał, choć trzeba dodać, że był nieźle wstawiony. W poczuciu dobrze wypełnionej misji wróciliśmy na swój sektor. Po kilku minutach widzimy, że coś się dzieje – otacza nas zewsząd mnóstwo typów, po chwili zrywają nam obie nasze flagi. Jak się okazało ten facet, który dostał był starym kibicem Legii. To było jedyne wyjaśnienie przed atakiem na nas legijnych bojówek. Trochę to wszystko dziwne – skąd mogliśmy wiedzieć, że to właśnie Legia zachowała się w tak fatalny sposób, by kroić bez przyczyny kogoś z układu? By nie wyjść na leszczy, musieliśmy zareagować w odpowiedni sposób i tak uczyniliśmy. Oczywiście zostajemy przez Legię nieźle okopani, choć na nieco poważniejszy uraz załapała się jedynie redakcja „Zadymy”. Na ok. 3 minuty przed końcem meczu wychodzimy ze stadionu, w ataku Legii tracimy na ich korzyść ze 2 szale i kominiarkę. Jedną z naszych flag bierze od Legii Lechia, więc pewnie nam ją oddadzą, przecież nie są takimi leszczami, by traktować flagę dostaną od kogoś na meczu układowym i w dodatku w barwach Polski jako swoje trofeum. Powrót do Trójmiasta spokojny.

zin „Zadyma”

Źródło: zin HOOLIGANS 2000 nr 2 (Legnica)

Relacja Zagłębia Sosnowiec

Nas 65 osób. Bierzemy udział w dymie z Angolami, wykręconym przez gościa z Lechii. Dym wygrany przez Polaków. Na meczu wraz z Legią każemy ściągnąć gościom z łuku flagi z Wielkopolski. Braliśmy również udział w zadymie z Angolami w II połowie meczu. Na meczu z układu zostaje wywalony Bałtyk z powodu niehonorowego zachowania w stosunku do jednego kibola.

Piotr

Źródło: zin HOOLIGANS 2000 nr 2 (Legnica)

Relacja GKS-u Bełchatów

Na ten mecz pomimo zapowiadanych dużych kłopotów z biletami wybrało się 19 kiboli GKS-u Bełchatów. Większość z nas jechała autobusem wraz ze zgredami, kilka osób podróżowało pociągiem, a ja wraz z 3 kumplami dotarłem na Łazienkowską samochodem. Jak się okazało, wbrew temu, co mówiono od kilku dni w prasie, bilety można było bez trudu dostać u koników i to po bardzo niskich cenach np. już po rozpoczęciu meczu resztki biletów były sprzedawane po 20-30 złotych! Tak więc problemów z biletami nie b mieliśmy. Pod kasami widzimy takie ekipy jak Widzew, Zagłębie Sosnowiec, Bałtyk, KKS Kalisz. Na początku meczu polscy kibice zaprezentowali się super od strony wizualnej. Cała Żyleta uniosła w górę białe i czerwone kartoniki, zapłonęło kilka rac. Doping przez cały mecz był bardzo dobry. Na płocie wisiały takie flagi jak: „Zagłębie”, „Turyści”, „Pogoń Szczecin”, „Bałtyk”, „Łódzki Widzew” i „Polonia Przemyśl”, a na bocznych i tylnich ogrodzeniach także m.in. „Wisła”, „Green Gang” (Lechia), „Śląsk Wrocław” oraz flagi z nazwami miast „Tczew”, „Września”, „Wronki”  i „Strzelce Opolskie”. Niestety nie wszystkie z tych flag dotrwały na płocie do końca meczu. Z powodu możliwych powiązań z ALC i jej sojusznikami zerwane zostały przez Koalicję cztery ostatnie wymienione przeze mnie flagi. Muszę tu wspomnieć o bohaterskiej postawie właściciela flagi „Wronki”, który choć był bity i ciągnięty po ziemi przez wiele osób, to swojej flagi z rąk nie wypuścił. Najbardziej jednak szokującym wydarzeniem było obicie i skrojenie flagi kibicom Bałtyku Gdynia, którzy przecież należą do Koalicji. Zostali oni sprowokowani przez pijanego typa z Legii, który skroił im szal. Gość ten po chwili został obity przez Gdynian i poskarżył się swoim. Legia nie wnikając zbytnio kto tu jest winny obiła fanów SKS-u, których dalszy pobyt w Koalicji stoi chyba pod dużym znakiem zapytania. Także dwóch kibiców bełchatowskiej Gieksy miało trochę kłopotów ze strony Widzewa. Jeden z nas został nawet lekko obity (choć trzeba przyznać, że się postawił), natomiast drugi musiał się przez pewien czas ukrywać, bo szukała go ok. 10 osobowa grupa z wiadomymi zamiarami (obiecywali szpital itp.). Tak więc zachowanie Koalicji pozostawiało na tym meczu wiele do życzenia.Natomiast kibice Opozycji po raz kolejny nie przybyli do stolicy na mecz reprezentacji, choć jacyś nieujawnieni podobno byli. Co do kibiców angielskich, to przybyło ich ok. 200. Już w przeddzień meczu hool’s Legii walczyli z nimi m.in. na starówce i w hotelu „Marriot”. Kilku Angoli przymusowo zostało w naszym kraju na dłużej z powodu hospitalizacji. W dzień meczu także dochodziło do awantur, z czego największa odbyła się z tego co wiem w parku Saskim i wygrali ją Polacy, jednak nie mam informacji, co tam się dokładnie działo. Podczas meczu także doszło w pewnej chwili do małego starcia. Zaczęło się od tego, że Anglicy zostali obrzuceni z żylety racami, na co odpowiedzieli kawałkami betonu, które poleciały w stronę Polaków. Następnie kilku angielskich hooligans przeskoczyło boczne ogrodzenie klatki, dzięki czemu dostali się do bocznego ogrodzenia żylety, gdzie na chwilę starli się z polskimi chuliganami, ale było to starcie „przez płot”. O mało też nie skroili flagi Wisły, która wisiała w pobliżu. Potem psiarnia zaprowadziła porządek. Tak więc w sumie chyba chuligani obu krajów dobrze pokazali się przed, na i po tym meczu, a kibice z ojczyzny stadionowego chuligaństwa udowodnili, że jeszcze nie zapomnieli, co to znaczy „hooligans”.

PIOTREK

Źródło: zin POLISH ULTRAS – PRIDE OF POLAND 2000 nr 3 (Bełchatów)

Relacja kibica Anglii

Przed tym meczem kłopoty zaczęły się już we wtorek wieczorem, kiedy to około 100 Polaków zaatakowało pub z pijącymi Anglikami, ale chłopcy z Charlton, Wigan i ok. 30 innych przegonili agresorów przed przybyciem policji. W dniu meczu było starcie pomiędzy 100 Polakami (wśród których podobno byli też Niemcy!), a 100 Anglikami. Było to w „Parku Saskim”. Niektórzy twierdzą, że był to dym wcześniej umówiony, ale nie jestem pewien. Jak zwykle musieliśmy walczyć z przeciwnikami uzbrojonymi m.in. w noże. Jeden z nas został poważnie ranny (jak to jest, że inni zawsze w walkach z nami używają noży?). W czasie meczu Polacy zabawiali się rzucaniem na naszą stronę butelkami, petardami, monetami itp., więc w pewnej chwili przyaatakowaliśmy ich forsując płot. Po meczu tez były starcia, ale nic poważnego. Podsumowując uważam, że pokazaliśmy się z dobrej strony m.in. dzięki temu, że nie używaliśmy sprzętu. Uważam, że to jest wstyd dla wszystkich ekip pokazujących się u nas w Londynie, że zawsze mają sprzęt (wyjątek zrobili Szkoci w Euro’96). Do zobaczenia w Euro’2000!

HOOL FROM ENGLAND

Źródło: zin POLISH ULTRAS – PRIDE OF POLAND 2000 nr 3 (Bełchatów)

FILM: 08.09.1999 Polska – Anglia