Polska 0-1 Czechy

16.06.2012, Wrocław

Relacja GieKSiarza

Wyjazdowi do Wrocławia bardzo nie sprzyjał mój grafik – w sobotę w pracy do 16, a w niedziele od 12. Po remisie z Rosją jednak pojawiły się pierwsze myśli – wygrana z Czechami i zabawa na rynku – przecież tego nie mogę przegapić. Kilku lekko zabawionych kumpli podzieliło mój pomysł, jednak następnego dnia po wytrzeźwieniu wszyscy zaczęli odmawiać i zostałem sam. Gdy siedziałem przy flaszce u kumpla z Paderewy dwa dni przed meczem Polska – Czechy zadzwoniła do mnie kumpela. Mówi, że słyszała o tym iż jadę do Wrocka i koniecznie chce się zabrać z nami. Powiedziałem, że raczej ciężko, bo nie ma ludzi no, ale gorzoł zmienia ludzi – nagle jak klocki domina każdy z pijących stwierdził, że jedziemy. Jedynym problemem była moja robota. W piątek rano poszedłem więc do szefowej i powiedziałem iż muszę być w sobotę na meczu i chciałbym wyjść wcześniej o 12 – zobaczyłem uśmiech na jej twarzy i pełną zgodę. Niestety nie udało mi się tylko znaleźć nikogo na zastępstwo w niedziele, ale dobre i to. Do Wrocławia udaliśmy się pociągiem w sześć osób. Na dworcu dużo ludzi w barwach, ale udało nam się nawet zająć przedział. Jedna flaszka, druga flaszka, trzecia kurde bele leci i zrobiło się wesoło, a na korytarzu co stację coraz tłoczniej. W drodze wspólne śpiewy, drugi wagon odpowiada – całkiem przyjemna zabawa. Po dotarciu na miejsce największy szok całego wyjazdu – doping z mega pierdolnięciem niosący się po całym dworcu. Kilka tysięcy osób śpiewało, i tańczyło. Dalej zabawa przeniosła się pod dworzec na fontanny gdzie ciężko było znaleźć suchą osobę. Idąc w stronę rynku można było zauważyć mnóstwo Czechów. Koło jednej takiej ekipy jedliśmy obiad. W pewnym momencie słyszę jak mówią do Polaków – Banik Pico. Z uśmiechem na twarzy podchodzę do nich – okazało się, że była to grupa z Brna która sympatyzuje z Banikiem. Na samych ulicach, podobnie jak w Warszawie bez problemu można było chodzić z własnym piwkiem. Przy rynku pod strefą niestety obraz zupełnie inny od tego w stolicy. Tu niestety ogromne, nie posuwające się zbyt szybko kolejki do wejścia i dokładne przeszukiwanie. Ja nie wszedłem z dezodorantem, a kumpel musiał oddać flagę z tyskiego. W strefie panował dużo większy ścisk niż w Warszawie. Telebimów było kilka jednak pod każdym tak samo. Piwko można kupić tylko kartą zbliżeniową, którą można wyrobić na miejscu ale trzeba napełnić 50 zeta. Jeden znajomy na szczęście sam ma taką kartę więc problemu nie mieliśmy, ale wielu z pewnością sobie odpuściło. Przed meczem koncert Farny jednak nie mam pojęcia gdzie była scena na której grała – nigdzie jej nie widziałem – może to ściema i tylko przekaz z telewizji Całość imprezy prowadzona przez Roberta Leszczyńskiego i jakąś babkę i wyglądało to tragicznie. Co ciekawe pogoda na rynku zupełnie inna od tej na stadionie. Gdy na telebimie pojawiły się pierwsze migawki z murawy – szok.

Tam ulewa a u nas nawet na nią się nie zapowiadało. Można było się zastanawiać czy aby na pewno mecz jest we Wrocławiu. Dopiero pod koniec pierwszej połowy trochę pokropił deszcz. Sam doping lepszy od tego w Warszawie. Widać było ekipy, które próbowały pociągnąć doping. Niestety grajki w tym nie pomagały. W drugiej połowie więcej emocji wzbudzały dziewczyny z mieszkania na rynku które w oknie rozwieszały wystawę swojej bielizny. Po meczu wielu starało się jednak znaleźć pocieszenie w tym, że Rosja też odpadła. O dymie który był w strefie nic nie mogę powiedzieć – dowiedziałem się o nim dopiero z Internetu. Powrót spodziewałem się, że będzie ciężki ale nie aż tak. Dwa pierwsze pociągi odpuściliśmy – browar jest znacznie lepszym pomysłem niż stanie w tłumie na dworcu. Jednak gdy przyszliśmy na dworzec o 1 rano to dalej masakra – tysiące ludzi oczekuje na powrót. Wchodzimy na peron, pociąg cały przepełniony, ludzie starają się wejść przez okna bo inaczej się nie da. Z głośników słychać informację o tym iż PKP doczepi zaraz 4 wagony. Minęło 20 minut a jedyne co można było usłyszeć to skandowanie przez kibiców „Gdzie te wagony, wy kurwy gdzie te wagony”. Ludzi oczekujących było na tyle, że i tak większość pewno by się do nich nie zmieściła. Mimo tego iż musiałem się rano pojawić w pracy odpuściliśmy czekanie i udaliśmy się na miasto coś zjeść (choć następny pociąg dopiero po 4 rano). Na mieście szok – w około 15 punktach gastronomicznych skończyło się jedzenie. Były otwarte tylko po to by wkurwiać głodnych ludzi. Po godzinie szukania czegokolwiek udało się znaleźć miejsce gdzie podawali tylko średniej klasy zapiekanki (a w menu było koło 40 pozycji). Jeszcze tylko zakupy na drogę powrotną i idziemy w stronę dworca. Pod nim na trawnikach jedna wielka sypialnia. Widać było skutki zmęczenia ciężkim dniem. Na peronie pojawiamy się na pół godziny przed odjazdem ale znów zonk – ludzi dalej jest masa. Na szczęście udało nam się wsiąść, pierwszy raz w życiu zająłem nawet miejsce w 1 klasie – szkoda tylko, że na korytarzu z brakiem możliwości zrobienia choćby kroku. „Śledzie w pociągu aeja śledzie w pociągu” roznosiło się po całym wagonie. Mimo iż to TLK pociąg co chwilę zatrzymywał się w polu – szczytem wszystkiego było jak przegonił nas następny i to w dodatku prawie pusty pociąg tej samej relacji co nasz… W Katowicach, mocno spóźnieni pojawiliśmy się koło 9:15. Szybki transport do domu, prysznic, śniadanie, pół godziny snu i trzeba było iść do pracy…

Źródło: zin SK1964 nr 46