Polska 3-1 Wybrzeże Kości Słoniowej

17.11.2010, środa – Poznań

Relacja kibica GieKSy

Niby kolejny mecz towarzyski, ale tym razem wywołał większe zainteresowanie niż zwykle. Podopieczni Franka Smudy swoje spotkanie mieli rozegrać w Poznaniu. Rywal może nie był z najwyższej półki, ale do stolicy wielkopolski wybrało się 70-ciu GieKSiarzy.

Ja do Poznania wybrałem się w dniu meczu wraz z dwoma GieKSiarzami, dwoma Żabolami i ziomkiem z ROW-u. Z Katowic wyruszyliśmy cugiem (już dość sporo wypchanym kibicami), by planowo na miejscu być po godzinie 17 i spokojnie wypić piwko. Rozkład jazdy swoje, a życie swoje:) Po kolei! Udało nam się znaleźć wolny przedział (nie licząc dwóch starszych babek) i gdy tylko pociąg ruszył przechyliliśmy po kielonie:) Podróż mijała na śmiechu, lekkim piciu, gdy nagle stanęliśmy w szczerym polu – okazało się, że ruch będzie odbywał się wahadłowo, bo przed Opolem była kolizja… Co jakiś czas ruszaliśmy, by po chwili znowu stanąć – zaczynało to być wkurzające, tym bardziej, że kończyła się wódka:) Na jednym z postojów (kanar nie był wstanie powiedzieć jak długo będziemy stać), GieKSiarz z Żor zdecydował się pobiec do pobliskiego sklepu, który widać było z okna. My z nerwowością czekaliśmy na jego powrót i zerkaliśmy w razie czego na hampel. Widok biegnącego F z flaszką do pociągu był niezapomniany. Wszystko odbyło się kulturalnie i to właśnie on miał prawo do pierwszego toastu:) Na kolejnym postoju nie było już tak zabawnie, bo innym pasażerom – piknikom zaczęła uderzać wóda do głowy! Zaczęli wyłazić przez okna, jeden śmiałek pojawił się nawet na dachu. Kanar zapowiedział, że nie ma szans ruszyć w takich warunkach i raczej nie zdążymy na mecz. W trójkę ruszyliśmy porozmawiać z tymi najebańcami i doszło do małej przepychanki, która szybko się zakończyła. Idioci szybko zrozumieli, że chociaż było ich więcej, to byli zbyt najebani, by się postawić i obiecali siedzieć cicho. Wreszcie na dobre ruszyliśmy i w Poznaniu zamiast o godzinie 17.00, dojechaliśmy na 20.00. Cały pociąg wysypał się momentalnie, desperaci brali taksówki, a reszta (w tym my) pojechała baną.

Pod stadionem odebrałem bilet od Kosy i bez kolejki spokojnie pojawiłem się na stadionie, nawet trzepania jako tako nie było. O jakimś dobrym miejscu na sektorze (mieliśmy miejsca w młynie) mogłem tylko pomarzyć. Pozostało mi uwiesić się na barierce i tak do przerwy oglądałem szpil. W przerwie dotarła kolejna grupa GieKSiarzy (autem), a mi udało się wbić na lepsze miejsce. Teraz mogłem bardziej się przyjrzeć całej otoczce i wrażenia na duży plus. PZPN nie zgadza się na nagłośnienie, ale młynowy dobrze sobie radził i doping był praktycznie przez cały mecz. Gdy podłączały się pozostałe trybuny było bardzo ciekawie! Wszystkie sektory oflagowane, dawno już nie widziałem tylu biało-czerwonych flag. Szkoda, że nie udało się zaprezentować oprawy, to byłaby taka wisienka na torcie! Muszę jeszcze zaznaczyć dwie sprawy: brak przyśpiewek klubowych i sporo osób w barwach Lecha i ŁKS-u (najczęściej czapki).

Gdy zegar wskazywał 75 minutę, wraz z moimi kompanami ruszyliśmy w drogę powrotną (musieliśmy zdążyć na zbiórkę do Szczecina). Udaliśmy się na banę i jak ciule czekaliśmy chyba 20 minut na przystanku… To naprawdę niedopuszczalne, tym bardziej, że był to poważny sprawdzian dla tego miasta przed EURO 2010. Wreszcie nadjechał tramwaj i poczułem się jak sardynka – drzwi ledwo się domykały. Na dworcu w chuj ludzi, a tylko dwie kasy otwarte – brawo! F decyduje, że to pierdoli i biletu nie kupuje – to strajk za takie opóźnienie w drodze do Poznania. Pociąg oczywiście zajebany ludźmi, ale udaje się znaleźć miejsce siedzące, tylko F całą drogę manewruje, by nie wpaść na kobucha – udaje mu się! W Katowicach meldujemy się około 5, czekamy aż otworzą McDonaldsa, by coś wszamać i się ogarnąć. Następnie idziemy na zbiórkę i jedziemy do Szczecina.

Jackoow

Źródło: zin SK1964 nr 30 (Katowice) marzec 2011

Ponad 40 tysięcy kibiców na nowym stadionie Lecha. Sporo przypadkowych osób, ale nie wpłynęło to na jakość dopingu (pewnie dlatego, że Polacy wygrali). Taki mały przedsmak EURO, czyli pikniki, wymalowane gęby, debilne czapki i koszulki z nazwiskiem Olisadebe!

Źródło: zin SK1964 nr 31 (Katowice) marzec 2011