PP: Stal Stalowa Wola 1-3 GKS Katowice

02.08.2003, sobota 17:30 – widzów 2000

Relacja GieKSy

Na Podkarpacie od początku jechaliśmy bez psów .W Dębicy pogoniliśmy grupkę z Wisłoki. W Stalowej Woli ok.150 m przed stadionem Stalówki przejeżdżały obok nas psy. U nas wszyscy bez barw więc myśleli że jesteśmy miejscowi i pojechali dalej. Ostatnie metry przed stadionem to już bieg i atak na bramę. Szybko puściła i doszło do krótkiego starcia. Stal uciekła, a my weszliśmy na ich sektor i potargaliśmy ich sektorówkę. Potem wpadły psy, trochę nas obijają i już do końca spotkania spokój. Po meczu Stal coś kombinowała, ale mieliśmy już obstawę. W Rzeszowie czekała na nas grupka Resovii, jednak skończyło się tylko na napince.

Źródło: Forum GieKSy

Relacja NFG

Sezon 2003/2004 GKS rozpoczął meczem Pucharu Polski ze Stalą Stalowa Wola.
Katowiccy kibice spragnieni futbolu w wykonaniu swojej drużyny stawili się w Stalowej Woli w liczbie ok. 60 osób.
Mecz rozpoczynał się o 17.30 jednak ekipa kibiców wyjechała już wczesnym rankiem z Katowic. Podróż do Stalowej Woli w piekącym słońcu przebiegła piknikowo. Jechaliśmy koleją, z jedną przesiadką. Nasza drużyna pewnie pokonuje trzecioligowców 3:1. Rezygnujemy z oprawy. Również miejscowi nie zaprezentowali nic. Doping podczas meczu w zasadzie nie istniał, poza kilkoma krótkimi zrywami na stadionie panuje cisza. W drodze powrotnej towarzyszy nam policja, która najpierw eskortuje nasz autokar na dworzec, a potem towarzyszy nam niemal do granic województwa.
Niestety z powodu PKP wyjazd się przedłuża. Spędzamy kilka godzin na dworcu w Nisku oczekując na pociąg. Następnie udajemy się do Przeworska gdzie mamy przesiadkę na pociąg do Katowic, po prawie 24 godzinnym maratonie docieramy na miejsce.
Podsumowując inauguracja sezonu bez pokazu Ultras za to z innymi atrakcjami. Z grupy Ultras-NFG obecni byli: Davids, Jurek, Muerte, Piter, Tolog i Set.

Źródło: nfg.prv.pl

Na meczu ok. 1500 widzów, w tym 60 osób z Katowic.

Źródło: Monografia GieKSy Tom III

Relacja kibica Stalówki

Mecz z katowicką GieKSą na długo zapadnie w naszej pamięci. Niestety powód tego nie jest taki, jaki wszyscy byśmy chcieli. Wszyscy popisaliśmy się dużą nieodpowiedzialnością, przez co nasza sektorówka została zniszczona przez niezbyt mocną grupę Gieksiarzy. Fani z Katowic wpadli na nasz stadion na ok. 1,5 godziny przed meczem, kiedy chuliganów Stalówki nie było jeszcze w jego okolicach. Nasi ultrasi wieszali wtedy flagi na płocie. GieKSa wyłamała bramę i zaczęła sobie targać naszą fanę. Kilku ultras podjęło walkę, ale byli bez szans. Na meczu nie prowadzimy dopingu, rezygnujemy z zaplanowanej oprawy, wisi tylko flaga „Rowdy Boys” Rakowa (było 8 ziomali). GKS również bez barw na płocie, cały mecz siedzą. Było ich ok. 40. Po meczu postanawiamy za to odpłacić katowiczanom. Ustawiamy się na pewnej wiejskiej stacji za Stalową w ok. 70 osób. Dzwonimy do nich, żeby zaciągnęli hamulec gdy nas zobaczą, ale odmawiają nam. Niestety okazuję się że pociąg jest opóźniony o ponad 3 godziny. Podjeżdżamy więc do nich autem proponując, aby się urwali obstawie i stoczyli z nami walkę w lesie, ale także odmawiają. W tej sytuacji niestety sobie odpuszczamy. Strata flagi jest bolesna, ale sami jesteśmy sobie winni.

Źródło: TMK

Wspomnienia NFG

W czasach gdy jeszcze forum kibice.net gromadziło bardziej kumatą część środowiska kibicowskiego, odpalanie pirotechniki było praktycznie legalne, a mecze kupowało się hurtowo…

Latem 2003 roku w głowach szumiało nam jeszcze świętowanie sukcesu, jakim było trzecie miejsce w poprzednich rozgrywkach, a już trzeba było szykować się do kolejnych wyzwań. Większość z nas żyła tym, na kogo trafimy w kolejnych rundach pucharu UEFA (mecz z Cementarnicą był dopiero miesiąc później). Tymczasem 2 sierpnia startowała kolejna edycja Pucharu Polski – jednocześnie premiera nowego sezonu – los rzucił nas do Stalowej Woli. Wczesnym rankiem zbiórka na placu Andrzeja, a czasy to były, gdy mało kto słyszał o wcześniejszych zapisach, rezerwowaniu środków lokomocji, a listy imienne dopiero pączkowały w twardych głowach betonów z ulicy miodowej. Grupa ok. 50 osób, zaopatrzywszy się w napoje wyskokowe (tak, tak towarzysza M nie było na tym wyjeździe, a tak w ogóle, to jemu też do głowy nie przychodziły jeszcze takie pomysły, jak „wyjazd bez alko”) ruszyła w drogę pełną przygód. Do Krakowa udało nam się dojechać na koszt gościnnej wtedy Polskiej Kolei Państwowej, a następnie, dzięki negocjacjom ówczesnego herszta NetFansów, wynegocjowaliśmy taryfę ulgową – trzy flaszeczki gorzałki do samej Stalowej Woli (stary żyd potrafił się targować:)).

Pierwsze przygody tego dnia natrafiły na nas na dworcu głównym w Dębicy, bawiąca się nieopodal na basenie Wisłoka Dębica nie mogła odpuścić sobie okazji by obejrzeć na żywo przybyszów z Katowic, reasumując – płyta chodnikowa nikogo nie trafiła, miejscowi wrócili na basen szybciej niż go opuścili, a my mogliśmy w glorii zwycięzców opuścić Dębicę (choć w asyście kamieni). Godzinna przerwa w oczekiwaniu na przesiadkę, pozwoliła na opanowanie rynku w Przeworsku i wzmocnienie się przed tym co miało nas czekać, a o czym nikt nie zdawał sobie jeszcze sprawy (tak po prawdzie to jedni się wzmacniali, a inni wyraźnie opadali z sił – pewnie przez upał;)).

Lądowaniu w Stalowej Woli towarzyszył lekki niepokój, należy w tym miejscu stwierdzić, że w naszej grupie stosunkowo niewielu było typowych „amatorów mocnych wrażeń”, stąd wartość bojowa daleka była od optymalnej. No, ale w końcu „My som GieKSa”. Zebrawszy się w grupę i zaopatrzywszy w artykuły pierwszej potrzeby na wypadek spotkania z komitetem powitalnym, wyruszyliśmy ku stadionowi. Już zza pierwszego zakrętu wyłoniła się kolumna radiowozów prewencji. Podczas gdy każdy szykował się już do rutynowej kontroli dokumentów, dzielni stróże prawa i porządku najzwyczajniej w świecie przejechali koło nas, nie zwalniając nawet na chwilę. Później tłumaczyli się, że wzięli nas za miejscowych, dziwne że nawet widok odrzucanych na pobocze w pośpiechu gałęzi, kamieni i butelek nie wzbudził w nich podejrzenia.

Nie wiem czy wspominałem, że dzień był wyjątkowo piękny, słoneczny i gorący. Ciągnąca się wśród drzew aleja dawała wytchnienie w cieniu, a kochana Babcia przez telefon wypytywała czy na pewno wszystko w porządku i czy mam co jeść na wycieczce. W tamtych czasach komórki to jeszcze były proste urządzenia, nawet neta w nich nie było, a szkoda bo zostałbym królem weekendu na kibice.net.

Stadion okazał się nam podczas tej sielankowej przechadzki niemal znienacka. O dziwo osób na nim było jeszcze niewiele, a Ci nieliczni w panice zdejmowali rozwieszone na płocie flagi, niewiele myśląc grupa podjęła heroiczną próbę ataku zakończoną sforsowaniem bramy i zajęciem miejscowego sektora, razem z nim w ręce wpadła sektorówka stalówki – łup zacny, aczkolwiek żal, że koło nosa przeszły flagi.

Przybyła na stadion w międzyczasie prewencja wyjść nie mogła ze zdumienia, że przyjechaliśmy właśnie z Katowic (skąd mogli wiedzieć, przecież sezon wcześniej nie pojawiliśmy się na żadnym spotkaniu ligowym stalówki), jeszcze bardziej zdumiała ich nasza niechęć do przejazdu na tamtejszy komisariat celem podjęcia czynności identyfikacyjnych (ciekawe jak wygląda proces rekrutacyjny w podkarpackiej prewencji). W końcu widząc, że nie odwiodą nas od pomysłu obejrzenia spotkania, zaproponowali nam przeniesienie się na sektor gości – tym razem wyjątkowo im ustąpiliśmy.

W międzyczasie „O jejku jejku” zdążył już obdzwonić pół rodziny z informacją, że najbliższe 48 godzin spędzi na dołku, a herszt NetFansów zjadł swój fałszywy dokument tożsamości, woląc być przyłapanym na zakazie stadionowym niż z fałszywym dowodem. W tym miejscu należy wspomnieć, że borok zmagał się z toczącym go zakazem stadionowym (który w owym czasie wyśmiewali wszyscy począwszy od kibiców, poprzez działaczy klubowych na PZPN-ie kończąc) …zaiste winy jego były znaczne, w końcu rozpętał sezon wcześniej wielką awanturę, zasztyletował jedenaście osób i zgwałcił policyjnego konia… aż tak źle nie było, ale w oczach myślących jak Grzegorza „kwasimodo” Schetyna to pewnie i tak ta sama parafia…

Niemniej prawo jest prawem i lepiej losu nie kusić, więc zaraz po rewizji i przenosinach na sektor dla przyjezdnych Stary Żyd wolał się stracić z pola widzenia mundurowych i opuścił nasz sektor. Żałosny i wywołujący spazmy śmiechu był późniejszy bezradny wyraz twarzy miejscowych szeryfów, którzy usiłowali dociec gdzież to podział się poszukiwany. Nie pomógł nawet niecny fortel z informacją, że o to matka dzwoni i poszukiwany proszony jest jedynie do telefonu. Najbardziej wściekał i wygrażał się ten sam szeryf, który wcześniej sam otworzył furtkę sektora wypuszczając zbiega na wolność. Trzeba usprawiedliwić biednego stróża prawa, skąd miał wiedzieć kogo wypuszcza skoro ten powiedział że ma akredytacje prasową i musi iść pisać relację z meczu…

Dość śmiechu z biednych policjantów, coraz mniej do śmiechu było nam. Wprawdzie nasi piłkarze odnieśli zwycięstwo i zapewnili sobie awans do kolejnej rundy, ale fakt iż miejscowi, zebrani w liczbie i sile kilkukrotnie przewyższającej naszą, pałali chęcią zemsty, a rozwinięta na wschodzie kraju komunikacja kolejowa zmusiła nas do kilkugodzinnego oczekiwania na pociąg, nie napawały optymizmem. Jeszcze gorszym problemem był fakt, iż nigdzie nie dało kupić się choćby browara. Oczekiwanie na spóźniony pociąg w Nisku jakoś przeszło, sprzeczki z policją próbującą zmusić nas do zakupu biletów w pociągu do Rzeszowa także, a mający nastąpić atak ze strony podkarpackiej ośmiornicy ostatecznie nie nastąpił (choć czuć było ich obecność w okolicy).

Na tym przygód byłby koniec, gdyby jeszcze nie dwa humorystyczne akcenty. Oto, budząc się na dworcu w Dębicy oczom moim ukazała się pokaźna grupa Wisłoki, pragnąca pewnie wrócić do dyskusji z poranka. Niemniej ich zapędy ostudzili miejscowi mundurowi, a pod ich czujnym okiem, nikt nie miał ochoty na sport wyczynowy, więc wymieniliśmy tylko uprzejmości.

I choć „O jejku jejku”, który nie mógł przeboleć obecności policji, w przypływie entuzjazmu, twardo przekonywał wszystkich, że znowu to my wystąpilibyśmy w roli goniących po dworcu w Dębicy, to może lepiej, że nie musieliśmy się o tym przekonywać.

Samą końcówkę umilił nam chciwy kanar, który pomimo wszelkiej perswazji nie chciał się dogadać i co stację od Krakowa groził nam usunięciem z pociągu, jeśli nie zakupimy biletów (był sam!), konsekwentnie odmawiając przyjęcia zebranej w powszechnej zrzutce sumy. Na kolejnych stacjach był bardzo zdumiony, gdy pomimo stanowczych wezwań do opuszczenia środka lokomocji, nikt nie ruszał się z miejsc. Uległ dopiero na wysokości Mysłowic, ale wtedy to już my nie mieliśmy ochoty się dogadywać. Było brać jak dawali.

PH

Źródło: zin SK1964 nr 24 (Katowice) sierpień 2010

Relacja sportowa

Stal Stalowa Wola: Wietecha – Kasiak, Drozd, Warczachowski, Ożóg, Dziuba, Rybak, Pielech (59. Szarowski), Radawiec (59. Ślusarczyk), Michalak (68. Pokrywka), Winiarski
Trener: Sławomir Adamus

GKS Katowice: Tkocz – Fonfara (46. Adamczyk), Kowalczyk, Adżem, Muszalik, Sadzawicki (82. Owczarek), Widuch, Bojarski, Bała (76. Kroczek), Wróbel, Yahaya
Trener: Edward Lorens

Bramki: Michalak (26) – Wróbel (22’0, Wróbel (52), Kroczek (90)
Sędzia: Borski (Warszawa)
Ż. kartki: Pielech, Szarowski – Kowalczyk, Widuch