Raków Częstochowa 0-1 GKS Katowice

21.03.1998, sobota 14:00 – widzów 2500

Ten mecz był pierwszym, na którym obowiązywała ustawa o braku sił policyjnych na stadionie podczas meczu. Nie trudno odgadnąć jak to się skończyło przy niemal 400-osobowym najeździe katowiczan. Jeszcze w trakcie meczu doszło do bieganin na murawie, a ochrona przeżywała wtedy prawdziwe chwile katuszy.

Źródło: magazyn ULTRA

Relacja GKS-u

Na mecz do Częstochowy zbiórka odbyła się o godz. 11:00 na dworcu PKP. Ze względu na złą pogodę na dworcu stawia się ok. 200-tu SZALEŃCÓW Z BUKOWEJ. W Częstochowie meldujemy się ok. godz. 13:00 i w obstawie psów docieramy na stadion. Podczas wchodzenia na stadion kibice Rakowa próbują nas zaatakować. Szybka riposta, Raków się wycofuje. Po rozpoczęciu się meczu w stronę naszego sektora leci grad kamieni. Sytuacja ta trwa kilka minut. Po chwili gdy kilku od nas dostało w głowę bez namysłu wysypujemy się na murawę. Pajace z Częstochowy pokazują swoje „bohaterstwo” i bez podjęcia walki zrywają zelówki. Wygląda to efektownie. Trybuna kibiców Rakowa pustoszeje. Sędzia przerywa mecz. Po prośbach naszych piłkarzy, wracamy do sektora. Po paru minutach sędzia wznawia mecz. W drugiej połowie kibice Rakowa przeskakują przez płot i próbują nas zaatakować. Wzmocnione służby porządkowe nie pozwalają nam wyjść im na przeciw. Po chwili Koniarek strzela na jeden zero i GKS wygrywa mecz. Po meczu kibice Rakowa rzucają w nas kamieniami. Po raz kolejny wyskakujemy na murawę, porządkowi uciekają, a my atakujemy Raków na dwie grupy. Jedna goni Raków po trybunie, druga walczy na płycie boiska. Na pomoc kibicom Rakowa ruszyli ochroniarze. Jednak to my byliśmy górą i po krótkiej walce wyganiamy Raków ze stadionu. Lecz oni wracają uzbrojeni po zęby. Próbujemy się bronić, lecz trudno walczyć gołymi rękami z uzbrojonym przeciwnikiem. Gdy Raków pozbywa się uzbrojenia (wyrzucając go w nas) w tym momencie karta się odwróciła. Lecz i tym razem Raków nie podejmuje walki. W tym momencie wkraczają pajace z antyterrorystycznej. Nasze straty to trzy rozwalone głowy. Myślę że po drugiej stronie było kilkakrotnie więcej. Ogółem wyjazd udany. Warto podkreślić że z pośród naszej bojówki było tylko parę osób.

Źródło: zin CRAZY BOYS i SZALEŃCY Z BUKOWEJ nr 3

Relacja GKS-u

Na wyjazd wybrało się 200 fanów z Bukowej. W drodze do Częstochowy w Szopienicach Euch wybija dwie szyby. W Częstochowie dochodzi do zadymy z Rakowem na stadionie. Najpierw wyskakujemy na murawę, medaliki również. Atakujemy ich lecz stać ich było jedynie na pokazanie nam podeszw od spodu. W przerwie obrzucają nas kamieniami, próbujemy wyskoczyć lecz powstrzymuje nas ochrona. Natomiast po meczu dochodzi do totalnej zadymy. Wyskakujemy i atakujemy ochroniarzy (dwóch ranimy) i Raków zdobywając sektor po sektorze i wyganiając ich ze stadionu. Dopiero po przegrupowaniu sił, dozbrojeniu się i w momencie gdy Gieksa wycofywała się (gdyż było słychać już syreny policyjne) medaliki spychają nas pod klatkę paru oklepując. Spod sektora ponownie na nich ruszamy, lecz oni uciekają. Trzeba im przyznać że jednym z powodów była psiarnia która wchodziła już na stadion. Efektem zadymy było kilkunastu kibiców rannych. Najgorzej wyszedł klient z Rakowa oklepany przypadkowo przez swoich (szpital). Co do strat to tracimy 1 szal Polski i zyskujemy 2 szale Rakowa. W drodze powrotnej Zagłębie wybija w pociągu kilka szyb. Ogólnie zadyma ze wskazaniem na nas.

Źródło: zin GLADIATOR nr 2 (Sławków)

W Świętym Mieście pojawiło się 300 GieKSiarzy.

Źródło: zin ZIN ZINÓW

Relacja Rakowa

Na ten mecz nikt z nas zbytnio się nie szykował, kibiców z Katowic przyjechało ok. 200. Schodzili się około 15 minut. W 23 minucie meczu około 70 osób od nas ruszyło pod sektor gości, 15 osób przeskakuje przez płot w celu zerwania flag, ale goście nie dają się zaskoczyć i w sile 25 osób gonią naszych. Sędzia przerywa mecz, w przerwie Raków robi Gieksie kamionkę. Goście są atakowani z wszystkich stron. Efektem są porozbijane głowy katowickich hools. Po meczu dochodzi do starcia na płycie stadionu. Z Katowic prawie wszyscy wybiegają na murawę gdzie trwa zadyma my wycofujemy się na sektor przeciwny (koło ławki rezerwowych). Tu dochodzi jeszcze do wymiany kamieni i dech. Potem Gieksa powoli wraca na sektor, gdy od nas rusza około 150 osób. GKS zaczyna spierdalać. Ci co nie uciekli dostali lekki oklep. Zadymę przerywa psiarnia.

Paweł

Źródło: zin GLADIATOR nr 3

Relacja Rakowa

Pierwszy dzień wiosny w roku 1998 był dla kibiców Rakowa dość szczególny. Po raz ostatni zagraliśmy wówczas na boiskach I ligi z GKS-em Katowice. Nie ze względu na występy boiskowe, ten mecz zostanie jednak zapamiętany. Działo się sporo wówczas – na murawie również – ale głównie za sprawą kibiców obu drużyn.

Spory wpływ na ten mecz miały też wydarzenia z pierwszej kolejki, gdy na Limanowskiego podejmowaliśmy zespół Petrochemii Płock – przypomnijmy: Petry jakieś 120-130 głów, rano kasujemy na berzie kilkuosobową grupę pociągową; później mamy wyrównane starcie pod kasami w dwudziestu na osiem dyszek (dwa autokary); przeganiamy na stadionie 15-osobową grupę, która dotarła już w czasie gry; po meczu atakujemy samochody na płockich blachach wzbogacając się o kolejne barwy wroga. Najważniejsze jednak, że mecz z Petrą był ostatnim wedle starej ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych. Mecz z Gieksą grany był już na nowej ustawie, wedle której policja nie miała prawa przebywać na obiekcie.

Na meczu z Petrą na płocie do góry kołem wisiała barwa ich ówczesnych ziomków z Widzewa „Łowicz”, oraz przywieziona przez Odrę Wodzisław połowa flagi Nafciarzy „Międzytorze” („torze”), do tego dywan z szalików AZS i Włókniarza. Ten ostatni podziałał jak płachta na byka na koalicję zza miedzy. Ale wszystko po kolei.

Po „sukcesie” akcji w pierwszej kolejce na Stomil (czyli wykrojenie z szalików grupki fanów …Petrochemii) kolejny łikend rozpoczynaliśmy od polowań na berzie. Uzbierało się nas ok. 40 osób (B98 + rakowscy berzowcy z automatów). Opcji było kilka, przede wszystkim Gieksa, która w latach poprzednich miała w zwyczaju grupkami przyjeżdżać wcześniej by zwiedzać miasto oraz Legia, tym razem jadąca do Wodzisławia (dwa tygodnie wcześniej była w Zabrzu).

Jak to bywa w zwyczaju najpierw trzeba było zatankować, a później biegaliśmy z peronu na peron. W tamtych czasach przez Częstochowę przejeżdżało znacznie więcej pociągów niż obecnie. Co kilka minut pojawiał się nowy, więc wyglądało to tak: staliśmy na automatach, z głośnika leci informacja o przyjeździe pociągu – zasuwamy na peron, po dokładnym sprawdzeniu wracamy na automaty, w połowie drogi słyszymy zapowiedź kolejnego składu i wracamy na peron. I tak cały czas. Nikogo nie było, tylko jakiś pacjent z pociągu z Bydgoszczy stracił czarnego fleka. Do Zawiszy się pucował, nie skinował, to został uznany za Polonistę albo cipę, co się przedstawić nie potrafi. Przypucował na kolejówce ową stratę, ale powinięto za to typa, który po raz pierwszy był na akcji, ale generalnie każdy wolał by go nie było :) Więc sprawa sama się rozwiązała :)

Gdy SOKiści zainteresowali się naszą aktywnością zmyliśmy na Katedralną stając w bramie i smoląc winka. Niestety zaraz pozjeżdżało się sporo mundurowych, więc skitraliśmy się na klatce. Psy stały na dole i każdego kto wychodził spisywali. Trochę to trwało, bo jak już wspominałem było nas ze czterdziestu :) Akurat tyle, byśmy sobie spokojnie wyłoili winka na ostatnim piętrze :) Uznajemy, że czas jechać pod stadion, bo tutaj to już nic zwojujemy. Załadowaliśmy się w jakiś autobus i obraliśmy kierunek Limanowskiego. Nie wszyscy, część rozeszła się po mieście a kilka osób wróciło na berzę. Ci później opowiadali o spotkaniu grupki Legionistów.

Na pasażu stało kilku warszawiaków, były z nimi jakieś szmulki. Typy poubierani raczej biznesowo niż meczowo – płaszcze. Któryś miał jakiś zielony szalik wystający spod kołnierza. Pada krótkie hasło: atak! Legioniści momentalnie zrzucają płaszcze i ściągają pasy, lecą w nich kosze na śmieci i w tym momencie rozlega się krzyk:

- Stać! Policja! – to jakiś kolo, z wyglądu przypominający tryumfatora poprzedniej edycji konkursu na Mistera Żniw Powiatu Kłobuckiego, wyciągnął klamkę i szmatę. Wszyscy uciekli, nie zdążył tylko Gt., którego powalił na ziemię Pierwszy wice-mister owego konkursu. Była to jednak dla nas nauczka, że na berzie tajniaki nie zawsze rzucają się w oczy swym wąsatym wyglądem.

Gdy my buszowaliśmy po berzie okazało się, że po południowych dzielnicach grasuje koalicja AZS-CKM-RTS, o czym dowiedzieliśmy wysiadając koło estakady z autobusu. Jak się okazało koalicja anty-Raków zaginała w szalikach i kominiarkach …Rakowa i Zawiszy, krojąc napotkanych małolatów od nas. Szybko montujemy jak najwięcej osób, zbierając typów z ALP i kogo tylko widzieliśmy w autobusach udających się w okolice stadionu. Zebrało się nas 60 głów. Uderzyliśmy na Błeszno (z naszych informacji wynikało, że grupa 30 głów po „szaleństwach” na osiedlu Raków-Zachód udała się właśnie na Błeszno). Oprócz nas w jakieś cztery dyszki zebrała się mocna ekipa ze Śródmieścia, która też patrolowała Błeszno (nie spotkaliśmy się).

Nasza grupa nie zlokalizowała ekipy rywali. Natomiast doszło do przekomicznej sytuacji. Idziemy całą grupą, z przodu idę ja ze Sp. Mimo takiej ilości zachowujemy się niezwykle cicho. Na Bohaterów Katynia przechodzimy obok zaparkowanego pod blokiem samochodu. Mimo chłodu szyby były otwarte, a w środku siedziało dwóch typów czymś zaaferowanych. Nie spostrzegli, że ktoś przechodzi obok ich fury, nagle jeden z nich pyta drugiego:

- Z kim te kurwy dzisiaj grają?

- Z Katowicami.

Sp gdy tylko to usłyszał natychmiast zareagował:

- Z kurwami, tak? – gdy siedzący od naszej strony spojrzał kierunku Sp i ujrzał całą bandę momentalnie zbladł, po chwili na jego ryju wylądował but Sp. Ktoś tam okopał auto, ktoś inny zajął się drugim typkiem, a na koniec jeden z berzowych złodziei wsunął się przez okno po wystraszonym włókniarzyku i wyciągnął radio…

Więcej szczęścia miała ekipa ze Śródmieścia napotykając kilkunastu typów z CKMu (koalicja już się rozdzieliła). Przegonili ich, jednego – dość ważnego – tnąc kosami po łapie za podniesienie ręki na Raków. Później wszyscy spotkaliśmy się już pod stadionem. Największego pecha miał Sp, który odbił gdzieś chlać a później gdy wchodził na stadion wymienił argumenty z ochroną i wylądował na dołku. Jako jedyny w tym dniu! Miał czego żałować…

Gdy pojawiły się Katowice polazłem w pobliże wejścia na stadion dla przyjezdnych i zacząłem ich liczyć. Byłem cały czas gdy wchodzili i mnie wyszło, że było ich maksymalnie 130 głów. Podobną liczbę podawali chłopaki, którzy stali w kamizelkach na wejściu (nie więcej jak 150 osób), trudno więc dociec czemu GKS zawyżał się w swoich relacjach podając liczby od 180 do 350! Brylował w tym jeden Andersen rodem ze Sławkowa – Ketchup. W ogóle został mistrzem baśni, gdy można było czytać jego wersję wydarzeń tego meczu.

Z naszej strony młyn w klatce – jakieś 300 osób. Doping prowadził Tm siedzący na płocie i korzystający ze …ściągi wystającej mu z rękawa :) Początek spotkania to polewka, gdyż w sektorze gości przez dobre kilkanaście minut flaga „Olkusz” wisi do góry kołem. Atmosfera gęsta, wiadomo, że coś się musi wydarzyć, skoro jest tylko ochrona a psy poza obiektem. Każdy zakładał atak w przerwie meczu, który toczył się w iście pojebanej aurze – raz świeciło słońce, by za chwile nad trybunami przeszła śnieżyca zasypując boisko kilkucentymetrową warstwą śniegu, który stopniał po kilku minutach, gdy znów zza chmur wyszło słońce. I tak kilka razy.

Kalkulacje wzięły w łeb, gdyż część osób od początku stała w pobliżu klatki gości. W około dwudziestej minucie zaczęły latać kamienie między dwiema grupami. Po chwili GKS ściągnął wszystkie flagi i wybiegli w kilkanaście osób na murawę. Ależ był popłoch wśród gawiedzi siedzącej na prostej. W młynie chwilowo konsternacja. Szybko zajarzyliśmy, że flagi wiszą aż do połowy prostej i trzeba natychmiast działać, bo może być grubo.

Telewizja pokazując skrót z meczu i wspominając o awanturach w głównej mierze pokazywała ten fragment, gdy kilku typów z Katowic biegnie murawą wzdłuż płotu, a spanikowane pikniki na prostej uciekają w górę sektora. Dużo osób na podstawie tego kadru wyrobiła sobie opinie o przebiegu awantur w całym meczu, a prawda jest taka, że owi Gieksiarze nie przebiegli się jeszcze ze 20 metrów do pierwszej wiszącej flagi, bo murawą już zasuwali w tą stronę fani Rakowa z młyna.

Nic się więcej w tym momencie nie wydarzyło. GKS wrócił na swoje miejsce, my zebraliśmy się liczniejszym gronem w okolicach klatki. Latały jeszcze jakieś pojedyncze przedmioty, ale po mediacjach Spychalskiego u nas wszystko się uspokoiło i można było wznowić mecz.

- W przerwie zaatakujemy ich z dwóch stron. Ja mam już sporą grupę od strony ławek, wy z prostej poprowadzicie atak – komenderował Kn.

Wszystko fajnie, tylko, że z prostej przeskoczyliśmy płot nieco za wcześnie i w zbyt małej ilości. Smutna prawda jest taka, że sporo osób wolało stać i się przyglądać, ewentualnie ciskać krzesełkami z bezpiecznego miejsca. GKS siedział na płocie. Typy w kamizelkach (było wśród nich ze dwóch, trzech od nas, którzy w ten sposób dorabiali) starali się nie pozwolić im wybiec, nami nie zajmując się prawie wcale.

Jest nas kilkunastu na murawie. Nie oglądamy się za siebie. Idziemy pod klatkę. Ktoś tam z kamizelkowych mówi do nas:

- Chłopaki dajcie spokój, wracajcie – nikt tym się nie przejął.

Chwytam krzesełko leżące na murawie, podbiegam pod płot na którym siedzi Gieksiarz i ciskam w jego kierunku. Chujowe te nasze krzesełka, krzywdy nie wyrządziły żadnej. Cofam się po chorągiewkę z narożnika boiska. w tym momencie szarpie mnie ktoś od tyłu. Automatycznie odwracam się dzieląc go moim nowym orężem w łeb, ale w tej samej chwili chmura gazu rozpylonego z odległości kilku centymetrów trafia mnie prosto w oczy. Dla mnie zawody w tym momencie się kończą. Odjechałem do boksu.

Z późniejszych relacji wynikało, że chłopaki podchodzili pod sektor gości murawą, ale GKS już taki skory nie był, żeby wyskoczyć, mimo iż z naszej strony na murawie było nie więcej niż ze 30 głów. Za to dość regularnie trwała wymiana różnych gadżetów (krzesełka, kamienie, kawałki ławek). Tak naprawdę całą drugą połowę trwał niedosyt. Ja lizałem rany po ataku cyklonu-b, reszta miała żal do niektórych. Drugi raz Kn podjął próbę zrealizowania swojego planu.

- Robimy to jeszcze raz, tylko że po meczu. Niech wszyscy wyjdą z sektorów. Zostaną tylko ci co chcą się bić.

Podzieliliśmy się na dwie grupy. Po końcowym gwizdku prowadzę ok. 30-osobową ekipę trybunami prostej w stronę sektora gości. Pomimo wychodzącego tłumu ludzi marsz pod prąd poszedł nam bardzo sprawnie. Inaczej było z grupą Kn, która wyruszyła razem z nami, a miała do pokonania znacznie większy dystans.

GKS widząc co i jak wybiega z klatki i rusza w naszą stronę. Tym razem jest ich z 5-6 dyszek.

„Kurwa”.

Odwracam się – części osób zagrały kolana, pociągnęli innych, większość już spierdala.

„Nie uciekam” – stanąłem koło M, takiej laski z Błeszna, która akurat tam była. Nikt inny nie został, jedynie kilkadziesiąt metrów przed nami na samej górze, w rogu trybun stał wkurwiony na obrót sprawy Kp.

Hanysy biegną koło mnie, jeden nawet jakby się zamierzył, ale drugi krzyknął do niego:

- Z dziewczyną jest…

Odpuścili, pobiegli dalej. A mnie kurwa szlag trafiał. Do tego jeszcze jakiś szczur z Gieksy do mnie zagadał:

- Widzisz Medalik, trzeba było z nami nie zaczynać…

„Poczekaj kurwa, jeszcze zobaczymy”.

Agresorzy wracają trybunami, ale patrzę tak kątem oka w stronę naszej klatki. Jeden szedł za wolno. Dopadło go trzech chłopaków od nas, którzy wrócili. Rzucili się na jego plecak. Zmienił on zaraz właściciela, niestety był pusty. Najlepsze dla mnie było jednak w tym to, że tuż koło mnie na płocie siedział typ z Katowic i wolał:

- Wracajta, wracajta kurwa… Zaciulają go.

Nie wrócili.

„Nie no kurwa, nie będę tu stał” – wbiłem na płot i zaraz byłem na murawie. Gieksa w tym czasie całą swoją ekipą (no poza może kilkunastoma osobami, które zostały w klatce) stała na środku boiska i darła japy:

- Jesteśmy u siebie!

Ależ piękny to był samobój. Nie wiem czy to tylko zbieg okoliczności, ale w tej chwili zza tunelu dla piłkarzy na trybuny drewniane wbiegła grupa około 80 głów uzbrojona w plastikowy stolik ze stoiska z żarłem. Momentalnie było słychać charakterystyczny dźwięk łamanych ławek. Widziałem reakcję katowiczan z bliska, bo momentalnie wmieszałem się w tłum. Wiedziałem, że zaraz zarządzą odwrót. Nim chłopaki z deskami przeskoczyli płot z tunelu wybiegli we trzech chłopaki z ALP, z charakterystycznym Mn na czele.

Matko, jaki on wydał z siebie ryk. Normalnie jakby w zoo jakieś bydlę było zarzynane. GKS nieśmiało zaczął przesuwać się w stronę klatki. Upatrzyłem sobie typa w szarfie „Katowice” i biegłem koło niego czekając na dogodny moment.

W tej chwili grupa uderzeniowa od nas już była na murawie. Wszystkich przebił Q z Praszki, który wyglądał jakby brał udział w kwalifikacjach olimpijskich do skoku wzwyż. Miał ławkę ze trzy razy dłuższą od siebie i biegł z nią – próbując utrzymać równowagę – trzymając ją na sztorc. Tak się na ten dziw natury zagapiłem, że gdzieś mi zniknęła „moja” szarfa. Patrzę dalej, a Q tylko pozwala swobodnie opaść ławce, która ląduje na głowie Hanysa i pęka na trzy części.

Wyrywam się z letargu momentalnie, bo w końcu nikogo sam nie uderzę. Podcinam jakiegoś typa sam zaliczając glebę. Niestety czerwono-niebieska szarańcza dopada go przede mną, szalik idzie na konto kogoś innego. Jeszcze tylko sprzedałem kilka kopów jakiemuś okładanemu Gieksiarzowi i nagle rozległ się ryk syren policyjnych.

Na stadion w końcu wjechały psy, które cały mecz stały wzdłuż ogrodzenia na Limanowskiego. Zrobiło się niebiesko od migających światełek. W tej chwili GKS w większości był albo w klatce, albo w drodze na hutę przez boiska treningowe. Każdy z nas szybko spierdala, chociaż trzeba przyznać, że psy poza paroma gumami raczej nie chciały nikomu krzywdy zrobić. Im ta awantura była na rękę, w końcu okazało się że są potrzebni i w mediach przez cały tydzień trąbili o swoim sukcesie, bo zapanowali nad wszystkim w 5 minut, a ochrona cały mecz nie mogła.

Poza stadionem liczono zyski. Ktoś tam nawet całą kurtkę ściągnął rywalowi, było kilka szalików, niestety żadnego plecaka z flagą nie udało się zdobyć. Film z tej akcji pokazała tylko TVP Katowice, a dokładnie 3 sekundowy urywek, gdzie widać uciekających w popłochu katowiczan. Prasa później podawała o 5 osobach z Katowic zawiezionych do szpitala na Kucelinie, którzy po szybkim opatrzeniu odmówili zostania hospitalizowanymi i szybko wrócili do głównej grupy.

U nas jedna osoba miała otwarte złamanie nogi po ciosie wyprowadzonym przez Mn. Typek biegł od strony Gieksy i miał chyba dodatkowo jeszcze szalik Katowic w łapie. Mn nie pytał go czy to jego czy skrojony, tylko lunął…

Zwycięstwo po meczu złagodziło gorycz nieudolnych ataków z I połowy i przerwy meczu. Z wielu względów takiego spotkania nie było nigdy wcześniej na Rakowie i już nigdy później takie spotkanie się powtórzyło. Zapewne szans na to w obecnych czasach nie ma wcale. Z kronikarskiego obowiązku wspomnieć należy, że pojedynek Raków przegrał 0-1.

Źródło: rbfzine.pl

Opis tego spotkania znalazł się także w częstochowskim zinie, podana liczba katowiczan początkowo wynosiła 300, jednak w następnym wydaniu zina RKS zmienił ją na niecałe 150. Taki obrót sprawy w tamtych czasach był normą, wiele ekip zawyżało swoje liczby, a rywale często je zaniżali i nie wiadomo było do końca komu wierzyć.

Źródło: http://rbfzine.pl/wf_spotkanie.php?temp_wf=15

FILM: 07.03.1998 Raków Częstochowa – GKS Katowice