Remes Cup Extra 2011

14.01.2011

O tym, że GieKSa będzie uczestniczyć w tym turnieju dowiedzieliśmy się niecałe 2 tygodnie wcześniej. Szybkie zapisy, ogarnięcie pociągu i można było ruszać w drogę. W wyniku szybkiej mobilizacji w pociągu pojawiło się nas ponad 300, w tym 33 chłopaków z Banika i ok. 40 kibiców Górnika. Na hali meldujemy się ostatecznie w 305 osób, gdyż kilkunastu zakazowiczów na turniej nie weszło. Z Giszowca obecnych 20 osób. Wywieszamy flagi GKS Katowice i Forza GKS, oraz fanę Banika – Chachari. Podczas turnieju lecimy z dobrym dopingiem, a z każdą minutą rozgrywanych przez GieKSę meczów rozkręcamy się na dobre i podczas ostatniego spotkania w asyście serpentyn, rac i machajek dajemy popis naszych możliwości. Turniej ten pokazał, że piłkarze jeszcze długo będą musieli pracować na taką renomę w kraju jaką posiadają kibice GieKSy, gdyż przegrywają wszystkie 3 spotkania. My jesteśmy bardzo zadowoleni z zaproszenia na taki turniej, gdyż zawsze fajnie po kilku latach nieobecności na salonach przypomnieć się szerszej widowni. Po turnieju przeguby odwożą nas na dworzec w Poznaniu, gdzie korzystając z chwili czasu kupujemy jakiś prowiant i udajemy się w spokojną drogę do domu. W ten sposób rozpoczęliśmy, mamy nadzieję udany w naszym wykonaniu rok 2011.

Relacja GieKSy

O udziale w Remes Cup Extra dowiedzieliśmy się jako ostatni. Od razu jednak zapadła decyzja, że nie może zabraknąć nas w poznańskiej Arenie. Kilkanaście dni zapisów jednak wystarczyło i w piątkowy poranek na miejscu zbiórki pojawiło się kilkuset fanów katowickiej GieKSy.

Droga do Poznania mija nam spokojnie. Jedynie we Wrocławiu wychodzimy większą grupą zaznaczając swoją obecność, co już powoli staje się tradycją. Ciekawostkę stanowić może fakt, że do końca nie było wiadomo, czy tym samym pociągiem na turniej nie uda się Cracovia Kraków (informacje o „naszym” pociągu pojawiły się między innymi na ich forum). Z tej opcji skorzystał jednak tylko jeden fan Pasów. Do stolicy Wielkopolski przybyliśmy z lekkim opóźnieniem. Na stacji Dębiec czekały na nas 3 przeguby, w których w związku z przyjazdem w tym samym czasie kibiców Jagi, byliśmy trzymani jakieś pół godziny. Na szczęście bardzo sprawnie przebiegało wpuszczanie nas do hali, dzięki czemu już na kilkanaście minut przed turniejem w liczbie 305 (w tym 33 FCB, 26 KSG) ubranych w jednakowe koszulki „Dopinguj ile sił” pojawiliśmy się na swoim sektorze (przed halą zostało 15 osób). W tym momencie oprócz nas widoczna była grupa ponad 100 kibiców z Białegostoku, około 40 Pasów, kilkuset kiboli poznańskiego Lecha, kilka osób w barwach Arki i jakaś wycieczka ze szkoły podstawowej z Warty. Turniej rozpoczęliśmy meczem z Jagiellonią Białystok. Przez cały czas prowadziliśmy równy, dobry doping, ale trzeba uczciwie przyznać, że po przerwie zimowej kilku naszych fanów potrzebowało chyba rozgrzewki. Mimo to udało się nam jednak wyjść zwycięsko w pojedynku z reprezentantami miasta wschodzącego słońca, którym jednak należy się wiele ciepłych słów za równo za postawę na turnieju, jak i liczbę. Czekając na następny mecz mieliśmy okazję podziwiać podobno najlepszych kibiców w Polsce. Najgorzej nie było, ale szału wielkiego też nie zrobili. Widać jednak, że była to grupa (z całym szacunkiem) bardziej lub mniej przypadkowych kiboli, więc na prawdziwą okazję do ich oceny będziemy musieli jeszcze trochę poczekać. Mecz z Arką Gdynia podobnie jak wcześniejszy rozpoczęliśmy na pół gwizdka. Z czasem jednak było co raz lepiej i udało nam się osiągnąć poziom, jakiego byśmy sobie wszyscy życzyli na każdym meczu. Gorącą atmosferę na naszym sektorze było widać chociażby po fakcie, że większość kibiców bawiła się w tym czasie bez koszulek. Szkoda, ze mecze grupowe trwały tylko 12 minut. Do naszego poziomu nie dostosowali się piłkarze, dlatego ostatnim naszym meczem był pojedynek o 5 miejsce w turnieju. Tradycji stało się jednak zadość, czyli kolejna przegrana na boisku i kolejne „zwycięstwo” na trybunach. Kulminacyjnym momentem nie tylko tego spotkania, ale chyba całego turnieju była prezentacja oprawy przygotowanej przez Ultras GieKSa’03. Serpentyny, a po nich machajki w asyście rac świetlnych i stroboskopów dały dość ciekawy  skorzystało z możliwości kupienia sobie jakiegoś prowiantu na powrót. Fajnie gdyby taka możliwość była zawsze. Poza tym warty odnotowania jest fakt, że chwilę przed naszym odjazdem na stacji pojawili się fani Jagielloni. Powrót do domu mija nam podobnie jak droga do Poznania, czyli w miarę spokojnie. W miarę, bo wielu fanom udzieliła się atmosfera z turnieju, czego efektem były wspólne śpiewy praktycznie do samych Katowic. Oczywiście, zgodnie z tradycją, na dworcu głównym we Wrocławiu nie mogło obyć się bez śpiewów, rac i stroboskopów. Dla wielu podróżujących z nami zwykłych pasażerów było to niewątpliwie niespodziewane, a zarazem interesujące przeżycie. Do Katowic z godzinnym opóźnieniem przyjechaliśmy około 5:30. Podsumowując – biorąc pod uwagę, że mieliśmy na organizację wyjazdu tylko 11 dni, do tego był to nasz najdroższy w historii wyjazd w Polskę, naszą liczbę i postawę trzeba uznać za bardzo dobrą. Teraz tylko czekać na marzec i kolejny wyjazd.

Oficjalne liczby pozostałych ekip: Jagiellonia Białystok-160, Cracovia Kraków-60-70, Arka Gdynia-60.

Źródło: TMK

Relacja GieKSy

Na jedenaście dni przed turniejem „Remes Cup”, dowiedzieliśmy się, że nasza drużyna została zaproszona w zastępstwie Widzewa Łódź. Czasu mało, bilety drogie (60 zł.), ale dla prawdziwego GieKSiarza nie ma rzeczy niemożliwych! Każdy chytał wolne w robocie, kołował kasę i dopisywał się do listy. Z dnia na dzień chętnych osób na wyjazd przybywało. Na pewno dużo kibiców pamiętało atmosferę, która panowała na turnieju rok temu – zaproszony był m.in. Górnik Zabrze, z którym pojechało 48 osób z GieKSy, czy też widziało filmiki na youtube.

Wreszcie nadszedł upragniony piątek i ruszyliśmy cugiem w stronę Poznania. Podróż minęła w mgnieniu oka, bo był to pierwszy wyjazd w nowym roku, tak więc tematów do obgadania było mnóstwo :) Mały postój na podszlifowanie dopingu mieliśmy na dworcu głównym, we Wrocławiu :) Zabawa była wyśmienita! Na stacji Poznań Dębiec wysiedliśmy w żółtych koszulkach – „dopinguj ile sił”, autobusami miejskimi zostaliśmy podrzuceni pod halę i w dość szybkim tempie wchodziliśmy do poznańskiej „Areny”.

Pierwsze rozczarowanie dotyczyło cen, wszystko płatne – toaleta, szatnia… Szama też nie należała do tanich, za małego wuszta trzeba było zapłacić 10 zeta. Jednak nie przyjechaliśmy na piknik, tylko dopingować naszą GieKSę! na hali zasiadło 305 osób, w tym 33 z Banika i 26 z Górnika (dzięki za wsparcie!). Oprócz tego, 15 osób zostało poza halą. Rozwiesiliśmy trzy flagi: GKS KATOWICE, FORZA GKS i CHACHARI. Jak liczbowo przedstawiali się nasi rywale? Najliczniej, co zrozumiałem pokazali się fani Lecha Poznań – kilkaset osób. Mimo wszystko gospodarze trochę rozczarowali, bo gołym okiem widać, było, że nie wystawili „pierwszego składu kiboli”. Nie zaprezentowali też oprawy, którą mieli przygotowaną… Bardzo żałuję, że nie mieliśmy okazji się z nimi zmierzyć na doping, bo jestem pewien, że bylibyśmy górą! Jaga przyjechała w około 100 głów (większość w jednakowych koszulkach). Cracovię trudno dokładnie oszacować, ponieważ siedziała z kibolami Lecha, ale 50 osób pewnie ich było (na wyposażeniu mieli cztery flagi). Z Gdyni pojawiło się kilku fanów Arki, natomiast Wartę Poznań reprezentowało jakieś… przedszkole :)

Czas przejść do konkretów, czyli naszych meczów. Zastanawiam się, czy wspomnieć kilka słów o postawie naszych grajków… No dobra, napiszę :) Przegrali wszystkie swoje mecze i ogólnie dali dupy, kolejny raz wizerunek GieKSy musieli ratowali kibice! Pierwszy raz daliśmy znać o sobie, gdy nastąpiła oficjalna prezentacja drużyn. GKS Katowice zaczynał turniej mierząc się z Jagiellonią Białystok i od początku ruszyliśmy z dobrym dopingiem. Z Arką zabawa na trybunie była jeszcze lepsza! Z niecierpliwością więc czekaliśmy jak wypadnie ostatni mecz GieKSy z Wartą o….5 miejsce… Piłkarze wjebali, a na trybunach było wspaniale! Oprócz dobrego dopingu były serpentyny, a po nich machajki w asyście rac świetlnych i stroboskopów. Wtedy naprawdę było żal, że spotkanie trwa tylko 12 minut, bo nikt nie chciał kończyć śpiewać!

Po tym szpilu sporo osób olało resztę meczów i zajęło się rozmowami, czy też zwiedzaniem hali. Był nawet taki jeden śmiałek, co poszedł obejrzeć puchary, które zostały rozdane drużynom (pozdro panie P. :) ). Po finale zawinęliśmy się do autobusów i podjechaliśmy na dworzec. Wolny czas (spore opóźnienie pociągu) wykorzystano na zakup szamy. Droga powrotna spokojna, nie mogło i tym razem zabraknąć śpiewów na dworcu we Wrocławiu :) W Katowicach zjawiliśmy się po 5.

Zaliczyliśmy przedsmak rundy wiosennej, której wielu osobom brakowało. Szkoda tylko, że poznańska „Arena” zapełniła się w połowie… My natomiast pokazaliśmy się z bardzo dobrej strony, co dobrze wróży na wiosnę! Oby tylko piłkarze dostosowali się do naszego poziomu…

Jackoow

Źródło: zin SK1964 nr 30