San Marino 0-2 Polska

10.09.2008, San Marino, Serravalle

Relacja GieKSiarza

Mecz z najsłabszą reprezentacją piłkarską w Europie rozgrywany na wyjeździe nie powinien wywoływać wśród kibiców większego ciśnienia. Tym razem było jednak inaczej. Do Serravalle w San Marino wybrało się około 1500 polskich kibiców. Nie zabrakło wśród nich także autora tego artykułu.

Wspólnie, w gronie znajomych, zdecydowaliśmy się na transport autokarem. Wyruszyliśmy we wtorek o godzinie 16:00. Długa droga do miejsca docelowego upływała nam na degustacji przeróżnych napojów oraz na rozmowach kibicowsko-prywatnych. Prawie bez przypału – przyznać się kto zajebał ten cholerny płyn do spryskiwaczy na stacji w Czechach, przez który tyle staliśmy ;-) Na miejscu meldujemy się rano w dniu meczu (czyli w środę). Od razu udajemy się pod kasy, aby zakupić wejściówki na mecz, ale te niestety były zamknięte. Postanawiamy, więc wejść na murawę. Nie było to specjalnie trudne i już po kilku chwilach robimy sobie pamiątkowe zdjęcia na głównej płycie. Stan murawy mniej więcej taki jak na polskich piątoligowych boiskach. Po dłuższym czasie gospodarze obiektu delikatnie proszą nas o wyjście, na co bez problemu przystajemy. Wychodząc z obiektu część ekipy zauważa urodziwą kobiecinę, która przemyka po murawie stadionu. Nie pamiętam już kto zaintonował słynne „pokaż fajfusa” w każdym razie odśpiewało to naprawdę wiele osób. I nie byłoby w tym nic śmiesznego, gdyby owa kobiecina nie okazała się Polką. Nie omieszkała nas zrugać od góry do dołu za nasz brak kultury, a na pytanie czy załatwi nam wejściówki odpowiedziała… hm no dość niecenzuralnie ;-)

Wszyscy wspólnie decydujemy, iż udamy się do Rimini nad Adriatyk. Miejscowi tłumaczą nam do jakiego autobusu należy wsiąść i po około 20 minutach jazdy wysiadamy w pięknej włoskiej miejscowości. Tam głośno oznajmiamy skąd jesteśmy i ze śpiewem na ustach udajemy się nad morze. Wszyscy zaliczamy kąpiel (naprawdę ciepła woda), dodatkowo robimy oprawę z rac i flag rozciągniętych nad Adriatykiem. Jako, iż weszliśmy na płatną plażę, to co chwilę właściciele nakazują nam przejście o kilkaset metrów w bok. W końcu zjawiają się miejscowi policjanci i nasze wodne harce zostają przerwane. Swoją drogą i tak mieliśmy się już udawać w stronę Serravalle. Jakie jest nasze wielkie zdziwienie, gdy policjanci zapowiadają, iż załatwią nam autobus prosto pod stadion. I tak, dzięki zabawie nad Adriatykiem, mamy „specjała” pod obiekt.

Kasy dalej zamknięte, więc decydujemy się rozdzielić i każdy udaje się na zwiedzanie małego miasteczka. Nasza grupa większą cześć poświęca na szukanie kantoru (nie było żadnego!) oraz bankomatu. Problemy z wymianą złotówek na euro szczególnie mocno rozwścieczyło piszącego ten tekst, ale dzięki innym Polakom w końcu udało się zaradzić i temu.

Pod stadionem jesteśmy na około dwie godzinny przed meczem. Od razu, bez żadnych kolejek, kupujemy wejściówki za 10 euro (PZPN chciał 80 złotych…) i udajemy się do hali przylegającej do jednej z trybun. Tam swój trening miały siatkarskie juniorki. Jako, iż dziewczęta bardzo przykładały się do treningu, a na dodatek były bardzo urodziwe, więc zaczęliśmy prowadzić doping ;-) Na szczególne względy mogła liczyć najlepsza (albo raczej „najładniejsza) zawodniczka z numerem „11”.

Około pół godziny przed spotkaniem wchodzimy na stadion. Po wielu perypetiach – przeskakiwaniu przez płoty, rzucaniu plecakami – nareszcie znajdujemy się w młynie z wszystkimi akcesoriami kibicowskimi. Na wejście piłkarzy odpalamy około 30 rac co daje naprawdę dobry efekt. Po Mazurku Dąbrowskiego, który był grany bardzo dziwnie (wolno, nie w rytmie) pozdrawiamy PZPN. Dzień później media huczą od wiadomości, iż kibole sprofanowali hymn. Jest to oczywista nieprawda. Nie słyszeliśmy orkiestry, dlatego śpiewaliśmy w swoim rytmie. Przez cały mecz doping prowadzi nasz znajomy z Unii Nowej Sarzyny. Śpiewy wychodzą fantastycznie – od HSV na dwie strony, skończywszy na częstym pozdrawianiu PZPN, Listkiewicza oraz policji. Gra naszych słabiutka, ale najważniejsze są trzy punkty.

Po meczu od razu pakujemy się w autokar i w godzinach wieczornych jesteśmy w Katowicach. Wyjazd naprawdę udany. Koszta to 250 złotych za przejazd + 10 euro za bilet, a wrażenia bezcenne ;-)

Źródło: zin BIAŁO-CZERWONI POLSKA ON TOUR nr 1