UEFA: Galatasaray Stambuł 2-1 GKS Katowice

29.09.1992
Do Turcji na mecz z Stambułem wraz z piłkarzami wybrało się 2 fanatyków katowickiej GieKSy – Sissi i Oscar. Poniżej relacja.

To był wyjazd którego nie zapomnę do końca życia. Cała impreza trwała dokładnie 36 godzin. Wylatywaliśmy dzień przed meczem, a wracaliśmy zaraz po meczu. Na wyjazd udało nam się załapać, bo ktoś wypadł w ostatniej chwili. Postanowiliśmy więc z Sissim skorzystać z takiej możliwości. Przelot mieliśmy gratis, natomiast na miejscu musieliśmy sobie radzić tak naprawdę sami. Z lotniska podstawione autokary zawiozły nas do hotelu. Jadąc do niego przejeżdżaliśmy obok stadionu Galatasaray i pierwsze co zauważyliśmy to masa ludzi. Do kas ciągnęły się długie kolejki, a ludzie stojący w nich byli ubrani w barwy klubowe. Po dotarciu na miejsce w hotelu rozlokowali się wszyscy oprócz nas. Doba kosztowała 180 dolarów, więc zdecydowaliśmy tam nie zostawać, bo nie mieliśmy najzwyczajniej w świecie kasy. Na drugi dzień dowiedzieliśmy się, że niepotrzebnie poszliśmy sobie szukać noclegu, bo okazało się, że tam jakieś wolne miejsca były, tylko że gdy sobie przypomniano o nas, to nas już nie było. A my nie chcieliśmy tracić czasu i czekać na nie wiadomo co, więc poszliśmy szukać tańszego noclegu. Skierowaliśmy się z powrotem w stronę stadionu i w jednej z bocznych uliczek znaleźliśmy tani hotel w stylu naszych hoteli robotniczych. O poziomie czystości w nim nie chcę wspominać, ale za nocleg płaciliśmy tylko po 5 dolarów na głowę. Pamiętam, że gdy się meldowaliśmy to syn właściciela na widok wpisanego w paszporcie naszego miejsca zamieszkania, dał wyraźny znak co nasz czeka. Nie przejęliśmy się jednak tym zbytnio, bo jeszcze nie wiedzieliśmy jak tam naprawdę to wszystko wygląda. Po zakwaterowaniu postanowiliśmy pojechać na jakieś zakupy. Wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy na drugą stronę Bosforu, na ten sławny stambulski bazar. W trakcie jazdy trochę się zestresowaliśmy, bo okazało się, że podróż trwała ok. 40 minut i nie wiedzieliśmy ile nas gościu skasuje. Kamień spadł nam z serca, gdy okazało się, że musimy zapłacić tylko 10 dolarów. Pochodziliśmy tam trochę, pooglądaliśmy ale nie za długo i wróciliśmy z powrotem „taryfą”. Pamiętam, że punktualnie o 18 wznieśliśmy w oknie toast za zwycięstwo. Wtedy akurat rozpoczynały się modły i mieliśmy niesamowity widok. Podświetlone meczety, wymarłe ulice i tylko słychać było te modły puszczane przez megafony. Mając duży dylemat czy wychodzić wieczorem na ulice, postanowiliśmy skonsumować w pokoju to co zakupiliśmy i położyć się spać. Ale jak to bywa, gdy skończyliśmy spożycie, stwierdziliśmy, że nie będziemy się „szczypać” i idziemy odwiedzić naszych zawodników. Dodam, że poszliśmy w barwach ja w szaliku, Sissi w czapce. Choć była godzina 22 to udało nam się porozmawiać krótko z trenerem Blutschem. Po tej wizycie wracaliśmy główną ulicą, która prowadziła pod stadion. Była to dzielnica biurowców, banków i hoteli, więc o tej porze było pusto na ulicach. W pewnym momencie w okolicach stadionu nagle wyskoczył do nas jakiś gościu w garniturku i miał wielkie pretensje. Oczywiście nie zrozumieliśmy o co mu chodzi, ale przypuszczam, że nie spodobały mu się nasze śpiewy wychwalające GKS. Nagle ten gość zaczął szarpać Sissim, więc stwierdziłem, że tak nie uchodzi i w związku z tym trzeba było mu wytłumaczyć, że tak się nie postępuje z kibicami GKS-u, co też uczyniłem. Pan w garniturze został sprowadzony do parteru i gdy, co nie ukrywam, dość mocno go traktowałem, nagle zauważyłem, że Sissi ma wielkie oczy i stoi jak wryty. Po drugiej stronie ulicy stało ok. 200 fanów Galatasaray, którzy patrzyli w naszym kierunku. Długo się nie zastanawiając, poszliśmy „w długą” w boczną uliczkę przy której stał nasz hotel. Tak się rozpędziliśmy, że minęliśmy nasz hotel. Gdy w końcu się zatrzymaliśmy, zobaczyliśmy że nikt za nami nie biegnie. Sissi, który w momencie wytrzeźwiał, powiedział tylko: „ty Oscar widziałeś ile ich tam było? przecież oni by nas zadeptali”". W związku z tym, że w tych bocznych uliczkach było ciemno nie potrafiliśmy znaleźć powrotnej drogi do hotelu, a co zrozumiałe unikaliśmy głównych ulic. Ostatecznie zameldowaliśmy się w pokoju ok. 1:30. Następnego dnia, tak jak byliśmy umówieni, spotkaliśmy się wszyscy o godzinie 12:00 w hotelu gdzie spali zawodnicy i stamtąd dwoma autokarami pojechaliśmy na stadion. Tam pojawił się problem, bo nie było dla nas (wszystkich osób towarzyszących) biletów i nie chcieli nas wpuścić. W tym momencie wspaniale zachował się prezes Dziurowicz. Choć jego jako prezesa klubu oczywiście zaproszono na trybuny, on powiedział, że wejdzie jako ostatni, dopiero wtedy gdy wszyscy znajdziemy się w środku. I czekał tak długo pod stadionem, aż znalazło się dla nas miejsce na trybunach. Posadzili nas tuż obok sektora dla VIP-ów, bezpośrednio nad ławą rezerwowych Galatasaray. Co ciekawe na tych sektorach VIP-owskich nie było ani jednego oficjela, który by nie miał barw klubowych na sobie. Co więcej, w trakcie meczu oni wszyscy śpiewali! Stadion i jego klimat zrobił na nas niesamowite wrażenie. Cały mecz był potężny doping wspierany przez ok. 80 bębnów. Wrażenie robił „dialog” między trybunami, gdy np. śpiewała cała prosta po czym wszyscy wskazywali palcami jeden z łuków i kibice tam będący odpowiadali równie głośno. Uczestniczyły w tym wszystkie trybuny. Aż mi ciary przechodziły. Przeżycie było niesamowite. To naprawdę był „kocioł” nie do opisania. Pierwszy i jedyny raz w życiu spotkałem się z czymś takim. Na samym stadionie nie mieliśmy jakiś nieprzyjemności ze strony miejscowych, może dlatego że nie było do nas dojścia. Problemy zaczęły się jednak po wyjściu, gdy staliśmy już przy autokarach. W pewnym momencie podbiegło do nas kilku gości, ale po krótkiej „wymianie zdań” udało nam odeprzeć się ten atak. Gdy dobiegło kilkunastu następnych, nagle spostrzegliśmy że zrobili zwrot w tył. Nie wiedzieliśmy o co chodzi, ale po chwili zobaczyliśmy jednego policjanta, ubranego jedynie w wyjściowy mundur. Miał jednak argument nie do podważenia. Karabin maszynowy na ostrą amunicję. On nawet nie krzyczał. Stanął i przeładował i to wystarczyło. Potem nam powiedziano, że tam się policja nie patyczkuje i nie potrzebnie wdaliśmy się w tą bójkę, bo mogliśmy przez to ucierpieć. W autokarach wszyscy byli wkurzeni na to co działo się na meczu i nie tylko. Nawet prezes koił nerwy koniakiem.

Oscar

Źródło: Monografia GieKSy Tom II

Było nas tylko dwóch, ale postanowiliśmy pokazać, że GKS ma zagorzałych i wiernych kibiców, potrafiących przebyć pół Europy, aby być ze swoją drużyną na tak ważnym meczu. Nie będziemy się bawić w czystą relację meczu, bo to uczynili już fachowcy (dziennikarze), ale postaram się spojrzeć na cały ten wyjazd od strony kibica.

W drogę do Stambułu wyruszyliśmy w poniedziałek, 28 września o 9:00, samolotem czarterowym PLL „Lot”, na którego pokładzie znajdowali się zawodnicy i działacze, 9 osobowa grupa dziennikarzy oraz oczywiście my. Wylądowaliśmy po dwóch godzinach na lotnisku w Stambule. Po ok. godzinie jazdy autokarami dotarliśmy do hotelu „Buyuk Surmeil Oteli”, w którym rozlokowali się wszyscy oprócz nas. Ze względu na koszt, postanowiliśmy poszukać tańszego miejsca zakwaterowania. Udało nam się znaleźć hotel w pobliżu stadionu, co pozwoliło nam na obserwację tego, jak ludzie potrafią żyć czymś takim jak… mecz.

Już na dzień przed meczem, w okolicach stadionu kręciło się wielu kibiców, kupujących szaliki, flagi, czapeczki, itd. Trzeba zaznaczyć, że wybór był imponujący nie tylko w rozmaitości, ale i w ilości. Byli też tacy, którzy w obawie przed możliwością nie dostania biletu spali pod kasami zawinięci w klubowe flagi do następnego dnia.

Popołudnie spędziliśmy zwiedzając Stambuł i choć w dużej mierze „pomagali” nam w tym tureccy taksówkarze, zwiedziliśmy niewiele. Wynika to z tego, że miasto liczy ok. 10000000 mieszkańców, a obszarem przewyższa kilkakrotnie Warszawę. Wieczorem postanowiliśmy udać się na spacer po mieście, odwiedzając m.in. naszą ekipę w ich hotelu. W drużynie panował optymizm, który i nam się udzielił. W związku z tym udaliśmy się do „naszej siedziby”, zaznaczając swój pobyt w mieście nad Bosforem głośnym śpiewem, który wzbudzał zaskoczenie i zainteresowanie nie tylko Turków, ale i naszych dziennikarzy spacerujących w okolicach stadionu. Reszta nocy minęła spokojnie.

We wtorek rano ponownie udaliśmy się do miejsca zakwaterowania naszych zawodników, skąd o 12:00 mieliśmy udać się wszyscy na stadion „Ali Sami Yen”. Czas do wyjazdu minął nam na rozmowach z prezesem, trenerem oraz zawodnikami GKS. Rosnącą temperaturę w powietrzu, a także w nas samych łagodziliśmy chłodnymi piwami.

Sam mecz, to jedno wielkie przedstawienie. 40 tys. kibiców tureckich, przyozdobionych w barwy klubowe, kilkadziesiąt bębnów, trąby, race, petardy, wywarło na nas ogromne wrażenie. Nikt nie oszczędzał swojego gardła. Śpiewali wszyscy, bez różnicy, czy mają 5 czy 80 lat, łącznie z działaczami i innymi osobistościami obecnymi na meczu. Marzyło nam się, aby na GKS-ie móc stworzyć choć 20% tej atmosfery i by wreszcie przestano się wstydzić noszenia na mecze barw klubowych i śpiewania. Stwierdzenie, że to zabawa dla nastolatków po spotkaniu w Stambule jest dla nas śmieszne.

Już od przyjazdu dało się odczuć, iż gospodarze starają się utrudnić naszej drużynie przygotowania do meczu, nie wspominając już o samym spotkaniu. Dla przykładu podam, że poniedziałkowy trening trwał nie godzinę, a 40 min. Po przyjeździe na stadion przez dłuższy okres czasu nie wpuszczono zawodników do szatni, rozgrzewka (dzięki zamknięciu wszystkich wyjść na murawę) trwała jedynie 10 min! O skandalicznym sędziowaniu nie będę pisał, podam tylko fakt, iż sędzia walijski podyktował wyimaginowany rzut karny (sędzia boczny pokazywał rzut rożny) oraz bezpodstawnie, z wiadomych tylko dla siebie powodów pokazał naszym zawodnikom trzy czerwone kartki, „drukując” tym samym wynik meczu. To, że poruszał się po obiekcie jak u siebie w domu, sędziując dla Gatasaray już kilka spotkań, mówi samo za siebie. Po meczu nie odbyła się nawet konferencja prasowa – czyżby bano się pytań naszych dziennikarzy?

W minorowych nastrojach udaliśmy się na lotnisko, z którego tym samym samolotem powróciliśmy do Katowic.

Oscar

Źródło: FAN nr4, 1992 (Gazetka Klubu Kibica)