Widzew Łódź 0-1 GKS Katowice

13.08.1988

Pierwsze zwycięstwo GieKSy na Widzewie osłodzilo 50-osobowej grupie fanów z Katowic przedmeczowe „atrakcje”, kiedy to zostali pod stadionem zostawieni przez milicjantów na pastwę Widzewiaków.

Źródło: Monografia GieKSy Tom II

Wspomnienia Widzewiaka

Było to chyba w 1988 roku, kilka dobrych lat temu. Kibice GKS przyjechali do Łodzi po porządne lanie, pierwsze od paru sezonów. Wcześniej zawsze sprzyjała im fortuna. Sami zapewne nie wiedzieli jakie mieli szczęście, że cali i zdrowi trafiali na stadion, gdyż inne młyny miały raczej pecha!
Najgorsze było jednak to, że byli raczej złośliwi, a źle ugoszczeni stawali się jeszcze bardziej krzywi. Raz po zerwaniu zgody z Ruchem zagadaliśmy o układ z nimi:
-Nie, my z nikim nie trzymamy. Jesteśmy sami i nie potrzeba nam zgody.
-Poradzimy sobie, bo my jesteśmy jak MU i z wszystkimi walczymy – odpowiadali nam.
Innym razem naśmiewali się z nas:
-Widzew, Widzew? A to taki klub gdzie pełno dzieci i kobit.
-To w Łodzi Widzew ma kibiców? Przecież tu ŁKS króluje.
-E, ty co masz w spodniach?
Wkurzało nas to, bo zgodę ze Śląskiem mieli na pewno. A taki z nich „polski MU” jak z Katowic stolica Polski. Przy tym z roku na roku coraz trudniej się można było z nimi porozumieć po polsku, jako że większość z nich w błyskawicznym tępie doszukiwało się w życiorysie przodków – germańskich korzeni. Ale bardzo trudno było w ich szarych gębach dopatrzeć się aryjskich rysów!
Co było robić? Musieliśmy czekać na swój dzień i wyrównać rachuneczki. Tego dnia umówiliśmy się rano. Jednak porannym pociągiem nie przyjechał nikt ze Śląska. Aż tu wiadomość! Kibole z Katowic są na dworcu Łódź-Fabryczna. Nie wysiedli ani na „niciarce” ani na Widzewie. Gdy dojechaliśmy na dworzec, nie było tam nawet ćwiarki kibola. Znów zwiali. Chyba zaczęliśmy wierzyć w swojego pecha do GKS-u. Zawiedzeni wsiedliśmy do „B” i pojechaliśmy znów w stronę stadionu. Nagle patrzymy, a tu śląscy fani maszerują skrajem jezdni pod eskortą milicji w stronę stadionu RTS-u. Tup, tup nóżka za nóżką, wolno spacerkiem jak to w wakacje. Przed stadionem byliśmy pierwsi i dość szybko rozeszliśmy się, postanowiliśmy czekać. Katowiczanie podeszli do kas, by kupić bilety. Potem nadal stoją w grupie w tym samym miejscu. Ale nie ma z nimi milicji, bo nyska odjechała. Być nie może! Kolesie przecierają gały, kilku ze zdziwienia rozdziawiło gęby. Milicja zostawiła kibiców przyjezdnych samych sobie. Sensacja! Ale prezent, trzeba to wykorzystać. Jeszcze czekamy, bo milicja może wrócić. Kilku z nas i tak nie traci czasu:
-Oddaj szalik. Wyskakuj z flagi.
-Czego michę cieszysz, zaraz inaczej ją pocieszysz.
Hanysy jeszcze stroją pewniaków choć widać, że czują co się święci. Cóż za odmiana w porównaniu do ostatnich przyjazdów!
Nagle wszystko toczy się w przyśpieszeniu. Nasi leją „GieKSę” z każdej strony. Ślązacy rwą zelówy, ale i tak są bez szans. Z każdej strony RTS, mysz się nie prześlizgnie. Jest cacy. GKS ucieka w stronę Niciarnianej, ich grupa rozciąga się i tym łatwiej wejść miedzy nich.
W plecy robi mi się gorąco, chyba dostałem, ale od kogo? Już wiem, gliny wróciły, myślę sobie. Spokojnie oglądam się w tył. Nie, to nie milicja, jeden z naszych biegnie jak szalony i okłada kablem wszystkich jak leci. Raz w prawo, potem w lewo, powietrze przeszywa czarna pałka. Dobra nasza znów jest O.K. Glanuję gościa z Katowic, kilka kopniaków i ten daje dyla. Pozostawia mi jednak swój szalik, marnie zrobiony, ale zawsze to zdobycz na polu chwały. Z daleka dobiegają krzyki. To wrzeszczą nasi okładani przez kibola tym samym kablem, którym dostałem. Gość jest dżentelmenem w pięćdziesięciu procentach, przeprasza tylko swoich. Zostaję z tyłu, w zasięgu kończyn nie mam żadnego wroga. Za to mogę w spokoju popatrzeć na kilka ciekawych scen. W skrócie sprawdza się to do tego, że gostkowie ze Śląska obrywają czym tylko mogą. Po chwili sytuacja zmienia się. Chłopcy zaczynają bawić się w Indian. Ci z GKS-u sformowali okrąg trzymają się pod ręce i w ten sposób utrzymują się w kupie. Nasi zaś ganiają wokół nich i leją gości jak mogą. Dziki Zachód!
Z początku porządkowi przyglądali się temu ze zdziwieniem, byli osłupiali. Stare dziadki musiały w dzieciństwie czytać książki Karola Maya. Pewnie ktoś z nich przypomniał, że Indianie nie tylko dobrze leją przyjezdnych, ale i skalpują. Ruszyli więc z pomocą przyjezdnym, wszak od czegoś byli. Bal zaczął się więc od nowa. Tyle tylko, że z porządkowymi. Tak naprawdę mieli oni GKS w nosie i zbytnio nie obchodził dziadków los przyjezdnych. Był bardziej przyziemny powód interwencji gości w pomarańczowych frakach. Otóż co niektórzy z katowiczan zbyt szybko chcieli dostać się na stadion. Nie żeby z biletem, porządnie jak kibice, tylko przez płot i bramy. Byle szybciej i dalej od kiboli RTS-u. NIe powiem Ci ostatni nawet bardzo pomagali przyjezdnym w tym przedsięwzięciu. Porządkowi postanowili przerwać praktyki i rzucili się na Widzewiaków. Wynik z góry był przesądzony i oprócz poszarpania kilku koszulek nic się nie stało. Żal było tylko straconej szansy, bo w tym czasie kibole „górników” znaleźli się już na stadionie. A my? Kibice Widzewa ułożyli potem taką przyśpiewkę:

„GKS, GKS z daleka przyjechał
MU udawał – przez płoty uciekał”

Nigdy nie przypuszczałem, że tak zachowują się goście z MU, na których wzorowali się katowiczanie.

Bliźniak

Źródło: zin WIDZEWIAK nr 11, 1994