Widzew Łódź 1-0 GKS Katowice

08.10.2008

Był to dla nas najciekawszy wyjazd w rundzie jesiennej. Graliśmy ze zgodą naszej największej kosy. Trochę plany pokrzyżował nam terminarz rundy jesiennej, w którym wyjazd do Łodzi ustalono na środę, a jak to z środkiem tygodnia bywa, każdy wie… Szkoda też, że zabrakło dobrej woli osobom, które decydowały o przydziale biletów kibicom z Katowic, bo liczba 450 wejściówek zdecydowanie nie pokryła zapotrzebowania fanów ze Śląska, a jak wiadomo sektor gości na stadionie Widzewa jest przystosowany do przyjęcia co najmniej 700 kibiców.

Odjazd pociągu mieliśmy zaplanowany na godzinę 14:00 i mniej więcej planowo wyruszamy w ciekawą podróż. Podczas jazdy oczywiście pełna mobilizacja, dostajemy info że pachnący podróżują za nami 30 furami na co jesteśmy dobrze przygotowani, ale ostatecznie bez większych problemów (poza dłuższym postojem w Częstochowie) dojeżdżamy do stacji Łódź-Niciarniana, przy której mieści się stadion. Prowadzeni jesteśmy przez dość liczną obstawę policji, która tego dnia o dziwo nie prowokowała. Na stadion zaczynamy wchodzić jakieś 30-40 minut przed meczem, ale ostatnie osoby weszły na trybunę dopiero w końcówce pierwszej połowy. Skrupulatne sprawdzania listy imiennej, cofanie wielu osób (części nie było na liście ze względu na zapis w dzień wyjazdu) i trzepanie nas przez ochronę robią swoje. Generalnie meldujemy się w sile 442 osób, wspomagani przez fanów Banika Ostrava, Górnika Zabrze i JKS-u Jarosław (dzięki za wsparcie). Wszyscy jesteśmy ubrani w żółte koszulki, co daje fajny efekt.

Na stadionie od początku zarysowuje się coraz większe ciśnienie, aż w pewnym momencie pod kasami Widzewa zaczyna się jakaś przepychanka, jak się później okazuje  kibice Ruchu mieli jakieś problemy z wejściem na stadion i postanowili to zrobić w inny sposób. W pewnym momencie otworzyła się szansa wyjścia na przywitanie, ale panowie z ochrony byli bardzo uważni i nie pozwolili przebić się naszej ekipie przez bramę. Po tym krótkim incydencie na sektory gospodarzy wreszcie udało się dostać ekipie ziomali Widzewa i zaczyna się pokazówka z ich strony. Trwa chyba z 15 minut które postanowili wykorzystać na walenie po bramie i płotach oddzielających ich sektor od sektora buforowego, do tego naszego sektora generalnie były 3 bramy do przejścia. Jednak sądząc po gestykulacjach panów z ekipy Ruchu uważali, że nie ma w tym nic trudnego i usilnie chcieli chyba zmusić nas do równie mądrego ataku na bramy stadionu, których broniło kilku ochroniarzy. W tym samym czasie po drugiej stronie naszej klatki znacznie młodsza ekipa gospodarzy wzięła przykład ze swoich kolegów z Chorzowa i zaczęła robić to samo. Chęci może koalicja chorzowsko-łódzka miała, ale tak naprawdę było to irracjonalne podejście do tematu, bo kto był kiedykolwiek w klatce Widzewa ten wie, że wyjść z niej dałby rade chyba tylko pan D. Copperfield.

Ale mniejsza o to, najlepsze w tym wszystkim było to, że jeszcze niedawno mieliśmy okazję spotkać się z opiniami jak to rozprawili się z kamieniarzami na swoim stadionie, tymczasem kamienie leciały z obydwu stron. Po tych wspomnianych kilkunastu minutach naszych uników przed latającymi elementami łódzkiego kamieniołomu, na nasz oraz Widzewa sektor wpadają mundurowi i wiadomo było, że praktycznie mega pokazówka się zakończy. Całe szczęście, że nie wpadli na sektor z naszej prawej strony, bo mieliśmy niezły ubaw do samego końca szpilu, co jeden to lepsze pozycje przyjmował do sprzedawania kopów niczemu winnej bramce oddzielającej kolejny z buforów. Jedynie co się zmieniło to fakt, że musieliśmy nadal pilnować swoich głów, bo raz na jakiś czas jakiś element krawężnika czy płyt betonowych leciał w naszą stronę.

O meczu można powiedzieć, że był bo niestety znów przegrywamy, ale to w tym dniu i tak chyba była sprawa drugorzędna. Wspomnieć warto o niezłej oprawie Widzewa: Od początku meczu na płocie wisiał olbrzymi transparent „BLASK CZERWIENI Z OBIECANEJ ZIEMI” w asyście herbów Łodzi i Widzewa. W 30 minucie do napisu dołączyły foliowe sreberka, które uniesione nad głowami utworzyły czerwono-biało-czerwone barwy. Całość oświetlona 25 racami dała efekt blasku, mieniącej się czerwieni. Przy prezentacji odpalono także kilka achtungów, a później w drugiej połowie meczu spontanicznie kilka rac. Prowadzili czasem fajny doping, natomiast z naszej strony doping marny co spowodowane było m.in. brakiem młynowego, nie wieszamy również flag, choć tego dnia mieliśmy je na wyposażeniu, ale cała otoczka wraz z latającymi kamieniami spowodowała, że nie było sensu się nawet rozwieszać.

Po ostatnim gwizdku przebywamy jeszcze na sektorze jakieś 30 minut, w tym czasie umilamy sobie oczekiwanie na wpuszczenie nas śpiewami znanego utworu, który był jednym z hitów tego lata. Po otwarciu bram udajemy się do pociągu i ruszamy w drogę powrotną. Powrót znowu mija nam bardzo spokojnie, docieramy po ponad 3 godzinach do Katowic, gdzie wszyscy rozchodzą się w swoje strony.

Z Giszowca na Widzewie zameldowało się 59 fanatyków, co jest naszym nowym rekordem wyjazdowym.

Relacja GieKSy

Decydujemy się jechać pociągiem specjalnym. Przez opieszałość ochrony wchodzimy przez całą pierwszą połowę. Ostatecznie melduje się nas na sektorze gości 442 (dostaliśmy 450 biletów). Prowadzimy sporadyczny doping, nie zabrakło także obustronnych bluzgów. Tradycyjnie, jak to na Widzewie dali o sobie znać kamieniarze, którzy co chwila ciskali na nasz sektor pociski. Nie zabrakło także napinkowego obijania ogrodzenia przez Łodzian i ich braci z Chorzowa. W obie strony zaskakujący spokój. Warto dodać, iż na wyjeździe obowiązywał całkowity zakaz picia alkoholu. Podziękowania za wsparcie dla chłopaków z Banika, KSG i JKS!

Źródło: ULTRA nr 5 (Szombierki)

Fotogaleria od widzewiak.pl i Tomek-Pabianice

Relacja kibica GKS-u

Spotkaniem, na które panowała w naszych szeregach mobilizacja, był wyjazd do Łodzi na mecz z Widzewem. Niestety wypadł on w środę i ostatecznie ruszamy „specjalem” w kierunku miasta Łodzi w liczbie 442. Tam bardzo powolne wpuszczanie, właściwie cały mecz kamionka i brak dopingu z naszej strony. Miał być dobry wyjazd, a wyszło „średniawo”.

Źródło: zin SK1964 nr 11 (Katowice)