Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124
Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124
31.07.2025, czwartek 21:00 – widzów 20 226
Relacja GieKSiarza
W ramach Ligi Europy Banik jechał do Warszawy, gdzie po drodze dołączamy się i podróżujemy w sile 21 autokarów. Wcześniej Chachary mijały się z Medalikami, które jechały na swój mecz do słowackiej Žiliny. Raków nawet się wysypał, lecz przez obstawę psiarskich nie miało prawa nic się udać. Poza tym Czesi zorganizowali jeszcze pociąg specjalny, którym jechało niemal 400 osób. Zdecydowana większość wybrała jednak transport kołowy.
Na miejscu jesteśmy na długo przed meczem, a podczas wejścia, psiarnia odpierdala, rozbierając wręcz wyrywkowo kibiców – zawsze i wszędzie- CHWDP! Gdy udało się wejść już większości, dajemy próbkę wokalną, nie szczędząc słów dla gospodarzy, prowokując od razu słowne zaczepki. Legioniści, odpowiedzieli także transparentem z krecikiem, lecz co innego jego treść a co innego życie. Warszawiacy udowodnili tylko, że otaczają się własną bajkową bańką i są poniżej poziomu, który sobie przypisują.
Na początku spotkania Ultrasi Banika prezentują zgodową oprawę, rozciągając sektorówkę z herbami i treścią „Trochę polski – trochu česky, GieKSa & Baník”. Choreografie u dołu uzupełnili czarnymi foliami, a u góry wyciągnięto machajki w barwach naszych klubów, które podświetlono pirotechnikom. Następnie wszyscy ściągali koszulki, by niedługo potem przywdziać identyczne niebieskie trykoty. W tym momencie pojawiły się też flagi w sektorze gości.
W drugiej części nasi bracia również nie próżnowali. Na balustradzie powieszono transparent „Chachaři”, a sektory wypełniły w górnej części białe, a w dolnej niebieskie, podłużne tuby wypełnione powietrzem. Kibice Banika bawili się nimi, prezentując je raz w pozycji pionowej, a raz w poziomej, co dało ciekawy efekt.
Po tej oprawie wyciągnięto duże flagi na kiju, którymi machano do końca meczu. W klatce byliśmy obecni 1463 osoby, w tym GieKSa (53) i ROW Rybnik (11).
Legia tego dnia wróciła na trybuny, po niezrozumiałym nawet dla samych Legionistów bojkocie, który ostatecznie nazwali ostrzegawczym i de facto oprotestowali jedynie mecz, na którym Żyleta i tak była zamknięta z powodu kar związkowych. Zresztą na tym meczu również Żyleta była zamknięta i warszawiacy doping prowadzili z prostej (wschodniej), nie prezentując dosłownie nic w całym dwumeczu, poza swoim wokalem.
Niestety spotkanie kończy się zwycięstwem drużyny gospodarzy 2:1, którym sędzia podczas meczu nie uznał dwóch bramek. Jeszcze gdy arbiter podyktował wapno dla Czechów, to w nadziei zapłonęły nasze oczy, lecz ten karny został przestrzelony i szlag wszystko trafił.
Na koniec nie zabrakło uszczypliwości i oczekiwania na drogę powrotną. W Katowicach meldujemy się nad ranem.
Oflagowanie: CHzB, FC BANIK OSTRAVA, ŚLĄSKI ORZEŁ, ZAKAZOWICZE, MŁODA BANDA, ŚWIĘTY WACŁAW (patron Czech), GENERATION’16, DUMA ŚLASKA (GKS), KING BANIK, ULTRAS FCB & GKS, SILESIAN FAMILY,
Z Giszowca obecna 1 osoba.
Relacja Legii
Po dwóch wyjazdowych wyprawach do Ostrawy i Kielc przyszedł czas na domowe spotkanie Legii; i to nie byle jakie! Nie tylko ze względu na jego rangę – stawkę stanowił bowiem awans do trzeciej rundy eliminacyjnej Ligi Europy, lecz także przez to, że Nieznani Sprawcy ogłosili przed tygodniem, że zawieszają kibicowski strajk ostrzegawczy, a tym samym na Łazienkowską powrócił doping.
Co więcej, głośne śpiewy pojawiły się wyjątkowo nie na „Żylecie”, gdyż ta w związku z zakazami nałożonymi przez UEFA pozostawała zamknięta, lecz na skraju Trybuny Wschodniej im. Kazimierza Deyny, gdzie ustawiono tymczasowe gniazdo.
Przed meczem „UZaLeżnieni” dystrybuowali vlepki z nowymi wzorami oraz koszulki wyjazdowe z buldogiem, które rozchodziły się jak świeże bułeczki. W tym samym czasie część z nas śledziła w telefonach komórkowych doniesienia z Larnaki, gdzie potencjalny jeszcze wówczas rywal „Wojskowych” w kolejnej fazie eliminacyjnej – AEK – mierzył się w rewanżu ze słoweńskim NK Celje. Dzięki zwycięstwu Cypryjczyków niektórzy z nas nie tracili czasu i od razu w ciemno bukowali loty na tę wyspę, głęboko wierząc w to, że legionistom bez trudu uda się pokonać czeskich przeciwników.
A skoro już o klubie z Ostrawy mowa, to ekipa Baníka, która do Warszawy przyjechała zarówno autokarami, jak i pociągiem, pojawiła się na stadionie na długo przed pierwszym gwizdkiem sędziego i trzeba otwarcie przyznać, że przy Łazienkowskiej pokazała się z bardzo dobrej strony. Chyba już dawno nie gościliśmy na naszym obiekcie kibiców z zagranicy, którzy wypełniliby sektor gości praktycznie do ostatniego miejsca, a jednocześnie nieustannie uskuteczniali wyraźne śpiewy niemalże przez cały mecz. W stolicy w dużej liczbie wspierali ich fani z Katowic. Niestety, ich wchodzenie do sektora gości nie obyło się bez problemów, a wszystko przez nadgorliwość i nieprzychylność służb mundurowych.
„Chachaři” próbkę swojego potencjału zaprezentowali jeszcze na długo przed początkiem starcia i nie omieszkali nas „zaczepić”; zresztą nie pierwszy raz tego wieczora. Odwdzięczyliśmy się im donośnym „Baník c***, allez, allez, allez” i – podobnie jak za granicą – zasugerowaliśmy, aby skandowane hasło przetłumaczyli im koledzy z GieKSy. Tych skądinąd „pozdrowiliśmy” nieco później donośnym „Buda, buda, łańcuch, pies…”. Wywiesiliśmy też wymowną sektorówkę skierowaną do gości, na której znajdował się defekujący Krecik oraz hasło: „Chuligani z bazaru když Legia chce bitku” (pol. „Chuligani z bazaru, gdy Legia chce walki”).
Naszym dopingiem dyrygował „Staruch”. Tradycyjnie odpowiedzieliśmy spikerowi na pytanie, kto wygra mecz, a następnie zaśpiewaliśmy „Sen o Warszawie” oraz, gdy nasi zawodnicy wkroczyli na murawę, zaintonowaliśmy „Mistrzem Polski jest Legia”.
Na początku potyczki ostrawianie zaprezentowali pierwszą oprawę tego wieczora. Na obu częściach sektora gości rozciągnęli schludnie przygotowaną sektorówkę z łączonymi herbami GKS i swoim wraz z hasłem „Trochę polski – trochu česky, GieKSa & Baník”. Całość dopełniły flagi na kijach w barwach obu klubów w jego górnej części, rozjaśnione odpalonymi stroboskopami, zaś w dolnej kartony Długo nie trzeba było czekać na odpowiedź z naszej strony. „Śląskie k****, aejaejao!” – krzyknęliśmy w kierunku Czechów i katowiczan. W dalszej części spotkania wzajemne „uprzejmości” wprawdzie się pojawiały, ale nie dominowały nad główną treścią dopingu. Można tu przytoczyć m.in. „Legia Warszawa pier**** Baník Ostrawa”, czy „GieKSa, Baník, dwa ped***, hej, hej!”. Warto dodać, że przez pewien czas „Chachaři” dopingowali swoją drużynę bez koszulek, po czym ich cała grupa przywdziała jednolite, niebieskie trykoty.
Nie zamierzaliśmy się jednak przesadnie skupiać na przyjezdnych, jako że należało wesprzeć „Wojskowych” w drodze do zwycięstwa. „Do boju, Legio, marsz!” – zachęcaliśmy naszych piłkarzy, by ci pokazali się z możliwie jak najlepszej strony. No i trzeba im oddać, że od początku potyczki wzięli się ostro do roboty, raz po raz atakując bramkę Baníka. Ich wysiłki szybko odniosły spodziewany skutek, bo rozkręcający się strzelecko z meczu na mecz Jean-Pierre Nsame pięknym trafieniem pokonał golkipera rywali. A przynajmniej tak się wydawało. Stadion wpadł w euforię, która jednak bardzo szybko została ostudzona przez serbskiego sędziego, który stwierdził, że nasz napastnik znalazł się na spalonym. Ta decyzja tylko nas rozjuszyła, co paradoksalnie bardzo pozytywnie wpłynęło na nasz doping. Jeszcze donośniej – z istną petardą – uskutecznialiśmy wspomniany wyżej hit, a następnie „Legioooo!” z kręceniem szalikami i przysiadaniem.
Gdy wszystko wydawało się zmierzać ku dobremu, to rywale zadali nam cios i niespodziewanie objęli prowadzenie. Nie zamierzaliśmy jednak składać broni i to samo sugerowaliśmy naszym grajkom, krzycząc donośnie „Jesteśmy z Wami, hej Legio, jesteśmy z Wami!”. Wprawdzie całkiem nieźle wychodziło nam śpiewanie hitu z Wiednia oraz „Gdybym jeszcze raz miał urodzić się”, lecz trudno oprzeć się wrażeniu, że powoli zaczynaliśmy spuszczać z wokalnego tonu, tym bardziej że doping Czechów coraz śmielej zaczął się „przedzierać” przez nasze śpiewy.
W końcu nadeszła 31. minuta pojedynku, kiedy nasze serca ponownie na moment zamarły. Ni stąd, ni zowąd piłkarze Baníka przedarli się w nasze pole karne i główką próbowali pokonać Tobiasza. Nasz golkiper popisał się na szczęście świetną interwencją, za którą został pochwalony skandowaniem swojego nazwiska.
Nieustannie zachęcaliśmy „Wojskowych”, by ci się nie poddawali, tylko walczyli o swoje. „Warszawska Legio, zawsze o zwycięstwo walcz!” – mieliśmy nadzieję, że ta idea nadal będzie przyświecała legionistom. No i wydawało się, że pomogła, bo niemal od razu nasze „czarne złoto” strzeliło wyrównującego gola. Cóż to była za radość! Niestety, po chwili arbiter zdecydował się obejrzeć sytuację w systemie wideoweryfikacji i po raz drugi tego wieczora (tak Legii, jak i samemu zawodnikowi) nie uznał bramki. Niemiłosiernie podniosło nam to ciśnienie i musiało się przełożyć na jedyny adekwatny w tym momencie okrzyk, czyli „F… UEFA!”. Aby ten werdykt sędziego nie podciął skrzydeł legionistom, wrzeszczeliśmy do nich „Nie poddawaj się…!”, „Tylko zwycięstwo…!” oraz „Legia walcząca do końca!”. Wynik się już jednak nie zmienił i niefortunnie po pierwszej połowie rywalizacji to piłkarze z Ostrawy byli bliżsi awansu do kolejnej fazy rozgrywek.
W przerwie pojedynku uczciliśmy pamięć zmarłej tego samego dnia Haliny Jędrzejewskiej, ps. „Sławka” – uczestniczki Powstania Warszawskiego. Z tego względu trybuny ryknęły głośno „Cześć i chwała Bohaterom!”.
Drugie 45 minut meczu rozpoczęliśmy tradycyjnie od hymnu naszego klubu, po czym – wytrwali w wierze – niestrudzenie zagrzewaliśmy naszych futbolistów do walki na boisku i o zmianę niekorzystnego dla nas rezultatu gromkimi „Do boju, Legio, marsz!” oraz „Leeeegia, Legia gol, lalalalala”. No i wreszcie – niespełna 10 minut po wznowieniu gry – Jean-Pierre Nsame po raz trzeci w tym spotkaniu, choć pierwszy raz „legalnie”, znalazł sposób na pokonanie bramkarza Czechów. Jak widać, choć „drukarz” bardzo się starał, by kłaść Legii kłody pod nogi, to w końcu nasz czarnoskóry zawodnik „pokarał” go swoim uporem i tym razem sędzia z Serbii nie miał wyjścia i trafienie musiał uznać, a my mogliśmy się cieszyć z wyrównania. Wrzawie na trybunach nie było końca, a my nabieraliśmy coraz większego przeświadczenia, że ten wieczór musi się zakończyć po naszej myśli. Tym mocniej krzyczeliśmy „Leeeegia! Legia Warszawa!”, „Gola, gola, gola…” oraz „Jazda z kur****!”, by nasze grajki docisnęły „pepiczków”.
Mniej więcej w tym samym czasie fani Baníka zaprezentowali drugą choreografię. Na balustradzie sektora gości rozwinęli sporej wielkości transparent z napisem „Chachaři”, który uzupełnili czymś, co nieczęsto widuje się na stadionach piłkarskich, mianowicie prostokątnymi, powietrznymi tubami w barwach klubu (odpowiednio barwy białej w górnej części trybuny i niebieskiej – w dolnej). Później zaś – po zakończeniu pokazu – machali dużymi flagami na kijach.
Warto podkreślić, że jak za czasów starej „Żylety”, która funkcjonowała w tym miejscu do 2008 roku, spróbowaliśmy prowadzić dialog z „Krytą” poprzez śpiewanie „Warszawy” na dwie trybuny. Względnie wychodziło nam też wykonywanie „Gdybym jeszcze raz miał urodzić się”.
Niestety, mimo zaangażowania z naszej strony wynik się nie zmieniał i widmo potencjalnej dogrywki stawało się coraz realniejsze. Arbiter też wydawał się faworyzować Czechów, którym co chwilę odgwizdywał faule. Na szczęście, gdy uskutecznialiśmy „Za kibicowski trud”, to nasz zespół objął prowadzenie. W 74. minucie Ryoya Morishita okiwał golkipera i próbował go pokonać. Po jego strzale futbolówka nie wtoczyłaby się do bramki, gdyby nie jeden z zawodników Baníka, który swoją nieskładną interwencją zafundował sobie „samobója”. Teraz to Legia znalazła się bliżej wyjazdu na Cypr. Do zakończenia pojedynku pozostawał jednak ponad kwadrans, a wiadomo, że ostrawianie nie zechcą tanio sprzedać swojej skóry i o wygraną trzeba będzie powalczyć do ostatnich minut. Z naszej strony staraliśmy się robić wszystko, co tylko mogliśmy, aby pomóc legionistom w końcowym sukcesie. Przekomarzaliśmy się też trochę z przyjezdnymi, odnosząc się do zaprezentowanego przez nich w pierwszej połowie płótna – „Trochę polski, trochę czeski, GieKSa, Baník – skład kure****!”.
Chwilę później – z racji potyczki w europejskich pucharach – odśpiewaliśmy hymn narodowy. W jego trakcie stało się jednak coś, co zjeżyło nam włosy na głowie – sędzia przyznał Czechom rzut karny, który zweryfikował jeszcze za pomocą VAR. Nie mogło być inaczej – najpierw głośno okazywaliśmy wsparcie Kacprowi Tobiaszowi, a następnie porcją przenikliwych gwizdów próbowaliśmy rozproszyć piłkarza Baníka. Nasze ogłuszające buczenie musiało tak wystraszyć biednego grajka, że ten… nie trafił do bramki. „Taki ch**!” – darliśmy się w kierunku sektora gości.
Serb doliczył do meczu sześć dodatkowych minut, które wydawały się trwać w nieskończoność. Aby przetrzymać tę futbolową „zawieruchę”, uskutecznialiśmy – podobnie jak w Ostrawie i Kielcach – przyśpiewkę „Gdybym jeszcze raz miał urodzić się” (również z przysiadaniem), do której zaprosiliśmy cały stadion. Mało brakowało, a Legia podwyższyłaby prowadzenie. Niestety, Ilja Szkurin w sytuacji sam na sam z bramkarzem zachował się bardzo kiepsko, przez co z niedowierzaniem łapaliśmy się za głowy. Fortunnie nasi zawodnicy dowieźli wynik do końca, dając nam radość z awansu do kolejnej rundy eliminacyjnej Ligi Europy, a z dołu Trybuny Wschodniej wystrzelono legijne barwy.
Gdy piłkarze podeszli przed tymczasową „Żyletę”, cieszyliśmy się z nimi wspólnie i dziękowaliśmy im za odniesione zwycięstwo, po czym razem zaśpiewaliśmy „Warszawę”, a następnie wykonaliśmy „My kibice z Łazienkowskiej”. Skandowaliśmy również Janka Ziółkowskiego i Kacpra Tobiasza za ich dobry występ. A już na sam deser zwróciliśmy się do przyjezdnych, zarzucając w ich kierunku „Baník, je*** Baník, lalalalalala” na melodię „Ped**, Hanior ped**”.Liczba gości: 1463 (w tym 53 kibiców GKS Katowice i 11 ROW Rybnik)
Flagi gości: 10
Źródło: Legionisci.com